Poteatralne refleksje

5

Pojechałam do teatru na Dziady. Sztuka świetnie zrobiona. Reżyser zastosował ekwilibrystykę, łącząc trzy części osobnych dramatów. Zrobił to lepiej niż Konwicki w Lawie. Mimo, że nie miał do dyspozycji Holoubka. Aktorom legnickim należały się sowite brawa, a nie te anemiczne poklaskiwania, które zwieńczyły pobyt młodzieży w teatrze. A skoro o młodzieży mowa, to brak słów. Repertuar środków nieletniej widowni jest większy niż aktorów po kilku latach studiów i nastu praktyki. Do głowy by mi nie przyszło, aby doświetlać scenę telefonem komórkowym niczym reflektorem punktowym. O chłeptaniu soku z kartonu na oczach artysty strudzonego monologiem też muszę wspomnieć, bo mnie krew zalewa i jak nie dam upustu swej złości, to zaleje mnie doszczętnie. Chodzenie do teatru w krótkich gaciach niedługo stanie się normą (takie gatki są uniwersalne, bo zaraz po sztuce można iść pograć w nogę, a to właśnie preferują tzw. klasy sportowe). Normą stanie się również opuszczanie teatru przed końcem sztuki, bo resztę można już sobie doczytać. A najbardziej zdumiewający jest fakt, że młodzi żywiołowo reagują tylko na dwa słowa płynące ze sceny: wino i wódka. Rozumiem, że to jedyne rzeczowniki, które im się z czymś konkretnym kojarzą. Reszta to wyżyny abstrakcji.

Po wyjściu z teatru usłyszałam od jednego, za przeproszeniem, buraka: Po co ci wszyscy ludzie przyjechali na taką debilną sztukę? Bez komentarza.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.