Życie się zacina

45

Dawno, dawno temu, kiedy byłam dzieckiem przeczytałam w „Szpilkach” (kto jeszcze pamięta „Szpilki”) krótkie opowiadanie o czterdziestoletnim mężczyźnie, który obudził się rano i…I nic go nie bolało. Ani głowa ani ręka, ani noga, żaden brzuch, trzustka czy wątroba. Przez dłuższy czas w euforii doznawał stanu nieboleści, by w konsekwencji stwierdzić, że on po prostu nie żyje. Kiedy to przeczytałam, uznałam, że czterdziestka to straszny stan fizyczny, kiedy sypie się ciało i dusza. I mnie się tak posypało. Na razie ciało. Obudziłam się rano i wstać z łóżka nie mogłam, bo kolana jakby nie moje się stały, nieposłuszne jakieś. Zrozumiały to byłby stan, gdybym przez ostatnie dni biegała szlakiem wulkanów, ale nic z tych rzeczy . Ja tylko patrzyłam, jak inni to robią. A ból przeszedł na mnie. Pomna przeczytanej w dzieciństwie historii powinnam być szczęśliwa, że żyję. Ale do śmiechu mi nie jest. Musi być prawda w obiegowej opinii, że życie zacina się po czterdziestce.

Byłam po południu na akademii u Juniora Młodszego, który, dzięki Bogu i na szczęście dla nauczycieli, kończy podstawówkę. Było sympatycznie, wzruszająco, spontanicznie. Bez zadęcia i sztuczności. Junior nawet objawił talent aktorski. Do błaznowania faktycznie się nadaje. Pewnie kiedyś zrobi karierę w polityce 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.