Poranny jogging ze statywem

7

Jakieś 30 lat temu dostałam harcerski śpiewnik, z którego pochodziła piosenka „Nie bądź kiep, nie łam się”. Nie bardzo wtedy wiedziałam, co znaczy rzeczownik zawarty w tytule, ale samo sformułowanie utkwiło mi w pamięci. Po latach dowiedziałam się, czego synonimem jest wspomniane słowo i jak niecenzuralne ma znaczenie (podobnie zresztą pochodzący od niego przymiotnik „kiepski”) ;). Po co te wspominki? Otóż dziś rano postanowiłam nie być „kiep” i się nie dać „złamać”. Przed świtaniem wstałam i pojechałam na zdjęcia. Z Mężem. Jakieś 12 kilometrów za Złotoryją w stronę Świerzawy zostawiliśmy samochód i poszliśmy szukać fotogenicznej perspektywy. Myślałam, że Mąż ma sprecyzowane plany odnośnie celu wędrowania, ale on powiedział tylko, że idziemy do lasu. Jak to do lasu, przecież tam jest jeszcze ciemniej niż poza lasem? – zdziwiłam się w myślach i tylko myślach, bo obiecałam sobie nie ujawniać demotywacyjnego nastawienia i nie siać defetyzmu. Minęliśmy łąkę, na której skrzyły się we wschodzącym słońcu łachmany pajęczyn i ignorując bardziej (Mąż) lub mniej (ja) ten widok, weszliśmy do wspomnianego LASU.  Nic – myślę sobie – jak nie zdjęcia, to chociaż grzyby do domu przywiozę. Ale gdzie tam. Wszystkie, a było ich wiele, mijane po drodze uznałam za niejadalne. Powiem więcej – zapewne trujące, bo z dala ostrzegały czerwienią kapeluszy a z bliska ujawniały podejrzane blaszki u spodu. Idziemy. Idziemy. Idziemy. I tak jeszcze trochę idziemy. Cały czas pod górę. W końcu nie wytrzymałam i pytam: dokąd? Na polanę – dopowiada z przekonaniem Mąż – Tu musi być jakaś polana. Z doświadczenia też wiem, że musi. Czy za kilometr czy za dziesięć, na pewno jakaś będzie. Idziemy. Błoto ślizga mi się pod butami. Statyw ciąży. Aparatu jeszcze nie wyjęłam z torby. Nagle jakiś prześwit. Polana? Nie, wąwóz. Zatem idziemy. Ciągle pod górę. Znowu prześwit. Z daleka widać, że polana. Ożywiam się i z energią pokonuję przestrzeń. Niestety, polana jest ogrodzona przed intruzami. Nie pozostaje nam nic innego, tylko marsz w górę. Idziemy. Idziemy. Idziemy. Nagle duży prześwit. Polana? Nie, pola… pszenicy. Obok stoi terenowy samochód. Zapewne myśliwego, bo kto o tej porze, poza nami, może błąkać się po okolicy. Nie mam zamiaru zginąć na polowaniu, więc oddalamy się w dół. I tak przez przypadek wkraczamy na…polanę, z której rozciąga się widok na dolinę Kaczawy. Co prawda przydałoby się, by ktoś rozpylił jeszcze trochę mgły, ale i tak jest na tyle ładnie, że w końcu wyjmuję aparat i robię to, po co w ogóle wstawałam o 5.00 rano. A potem idziemy dalej. Mam wrażenie, że uprawiamy jogging ze statywem po lesie. Taką namiastkę nordic walking. Jeżyny łapią mnie za nogi, nieprzemakalne, według producenta, salomony nabierają wody jak kajak, którym próbowałam pływać po Wieprzu, a widoki … coraz gorsze. I gdy już myślałam, że wrócę do domu z jednym ujęciem pejzażu, dostrzegam cudnej urody gąsienicę, która podróżuje na gapę na nogawce moich spodni. Z desperacji zaczynam ekwilibrystykę, próbując zrobić zdjęcie makro żyjątka, które kurczowo trzyma się dolnej części mokrych portek. Cóż, ręce wydają mi się za krótkie, ale motywacja jest na tyle silna, że w końcu widok na wyświetlaczu przynosi satysfakcję. I tak po trzech godzinach łażenia w błocie, po chaszczach i mokradłach uwieczniam coś, co noszę ze sobą, a właściwie na sobie 🙂 Takie życie 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.