Fabryka pod chmurą

Przed świętami oddaliśmy w ręce naszych wiernych czytelników zwielokrotniony numer Echa, by pod choinką było co czytać. Moim skromnym wkładem w redakcyjne szaleństwo był tekścik o prawdziwych, współczesnych rolnikach. Państwa Leśniaków – a prywatnie Leszka i Anię prezentuję poniżej.

Fabryka pod chmurą

 

Gospodarstwo Ani i Leszka Leśniaków z Uniejowic ma ponad 100 hektarów. To dość trudna do wyobrażenia dla mieszczucha przestrzeń. Najlepiej sobie uświadomić tę wielkość, jeśli przyjmiemy, że to mogłoby być około 1400 działek budowlanych. Jednak Leśniakom nawet do głowy by nie przyszło, aby takie obliczenia czynić, bo dla nich ziemia ma zupełnie inną wartość. Nie tylko materialną.

Gospodarowanie na roli zaczęło się dla Leszka już dwie dekady temu. Był jeszcze na studiach, kiedy ojciec uczynił go współwłaścicielem ziemi, którą sam mozolnie kompletowanej zaczynając od czterohektarowego pola. Wówczas, kiedy rozrastało się gospodarstwo, które w niedalekiej przyszłości miał przejąć od ojca Leszek, ziemia nie miała takiej wysokiej ceny, jak dziś. Ojciec skupował ją od bankrutujących rolników lub od spółdzielców, kiedy upadła Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Pielgrzymce. Ludzie zrzeszeni w spółdzielni po jej rozwiązaniu nie mieli ani środków ani sprzętu, by uprawiać swoje grunty, więc chodzili po domach i pytali, czy ktoś nie odkupi ich pola – wspomina Leszek. Kupowaliśmy, choć nie zawsze było to korzystne. Ojciec zawsze twierdził, że trzeba inwestować w rozwojowe gospodarstwo. W pewnym momencie nasze pola powiększyły się dwukrotnie. To było znaczne obciążenie i duża odpowiedzialność – dodaje.

Takim sposobem, kiedy Leszek w 1989 roku stał się pełnoprawnym rolnikiem, przejął już dość pokaźny areał. Nie było mu jednak łatwo. Żeby uprawiać ziemię, trzeba kupić nasiona, nawozy…to wszystko kosztuje. Właśnie wtedy przyszła hiperinflacja. Kredyty, które zaciągało się wówczas w bankach z dnia na dzień stawały się niemożliwe do spłacenia. Odsetki rosły najpierw do 70, 90, apotem nawet do ponad 100%. Leśniakom udało się ten czas przetrwać bez większych dramatów. I wtedy, jak mówi Leszek, poczuł taki kop do góry.

Gdyby nie widział sensu w rolnictwie, gdyby nie liczył, że ziemia może przynieść dochód, nikt by go nie zmusił do przejęcia gospodarki. Poszedł na studia na Akademię Ekonomiczną do Poznania, ale nie zamierzał robić biznesu w mieście, lecz wykorzystać ekonomię w rolnictwie. Nie pociągał go świat wielkomiejski. Owszem podobało mi się miasto, ale nie na tyle, żeby w nim zostać – mówi. Dlatego przejęcia gospodarki nie traktował w kategoriach kary czy zesłania. Widział, że ojcu przynosi ona satysfakcję finansową i liczył, że jemu też się uda ten sukces osiągnąć. Na początku ojciec wspierał go swym doświadczeniem i siłą. Ale w 2003 choroba seniora sprawiła, że Leszek, mógł już we wszystkim liczyć tylko na siebie i na żonę.

Na początku to był dla niego pewien szok. Akurat wtedy dwa lata pod rząd były bardzo słabe, a banki, w których zaciągnęli krótkoterminowe kredyty, nic nie robiły sobie z klęsk żywiołowych. Spłacać raty trzeba było bez względu na wszystko. W magazynie zboża jak na lekarstwo, sprzęt zdezelowany…Pamiętam, że w dość krótkim czasie się otrząsnąłem – wspomina i dodaje: Wiedziałem, że teraz nie da się tego rzucić, by szukać innego źródła utrzymania. Myśleliśmy tylko, jak ratować gospodarstwo i siebie – mówi Ania. To nie jest firma, w której rzuca się wymówienie na stół szefa i droga wolna – uzupełnia Leszek.

Z ziemią jest się na dobre i na złe. Teraz dla Leśniaków jest to dobre. Z rolnictwa można żyć, co więcej – da się z ziemi czerpać naprawdę duże zyski – przekonuje Leszek. Niestety, w naszej świadomości utrwala sie stereotyp chłopa z petem w zębach, w gumofilcach, jadącego furmanką. Media epatują nas obrazem rodzimych farmerów, lamentujących, skarżących się na nędzny los. Szczególnie młodzi ludzie nie chcą zostawać na wsi. Wciąż panuje przekonanie, że na roli trzeba się mocno natyrać i mieć ręce uwalane po łokcie smarami, a na dłoniach popękaną skórę. Na dodatek śmierdzieć obornikiem. I kto by chciał w takie cos wdepnąć? – pyta Leszek. Dlatego postronnych musi dziwić entuzjazm Leśniaków. Kto jednak bliżej ich zna, może naocznie przekonać się, że mają powody do dumy. Wystarczy spojrzeć na gustownie urządzony dom z tworzącymi rustykalny klimat, masywnymi przedwojennymi meblami. Wystarczy rzucić okiem na zabudowanie gospodarcze i perfekcyjny porządek na podwórzu. Wystarczy policzyć sprzęt rolniczy.

Ten ostatni to również zasługa Unii, a konkretnie dotacji. Tylko drobne sprzęty Leszek kupował za gotówkę, większość maszyn jest z kredytów i funduszy strukturalnych. Jeszcze kilka lat temu Ania zastanawiała się, patrząc z zazdrością na zachodnie wioski, kiedy u nas pojawią się takie nowoczesne traktory, maszyny…Teraz ma to u siebie na podwórku. Podobnie jak wielu innych rolników w okolicy. Jak bajki o żelaznym wilku słucha się opowieści o tym, że kiedyś sprzęt był na przydział, reglamentowany tak jak mięso czy cukier. Potem już można było kupować maszyny z upadających PGR-ów, ale były mocno zdezelowane. Od 2002 roku rynek maszyn rolniczych stanął przed farmerami otworem. Oprócz kombajnów do zboża i do buraków Leszek ma kompletny zestaw maszyn: ciągniki, siewniki, opryskiwacz, ładowarkę… Przy tej skali gospodarstwa uważa, że ma wystarczającą ilość sprzętu.

Unia rolnikom ułatwia życie, ale też kontroluje. Wyrywkowo sprawdza się niektóre gospodarstwa, a konkretnie to, czy ziemia jest uprawiana, czy nie leży odłogiem. A co roku, na wiosnę wykonywane są zdjęcia lotnicze, na których widać, czy rolnik cokolwiek uprawia. Potencjalne kary nakładane na niegospodarnych są zbyt wysokie by ryzykować. Ale Leszek nie ma powodów do obaw. U niego każdy metr kwadratowy jest zagospodarowany. To potencjalne pieniądze i nie można sobie lekceważyć nawet kawałka gruntu. Uprawia się wszystko – mówi.

Leśniakowie zdecydowali się na uprawę roślin. Na ich polach rosną: pszenica, jęczmień browarny, buraki cukrowe i rzepak. Nie chcieliśmy nastawiać się na hodowlę zwierząt. Poza małym epizodem z kurczakami trzymamy się uprawy. To zresztą przed laty był warunek mojej mamy: żadnych świń! – mówi Leszek. Rynek zwierząt jest bardzo chimeryczny, trudny do przewidzenia. Uprawa roślin uzależnia jednak mocno rolnika od kaprysów pogody. Jak Leśniakowie sobie z tym radzą? Leszek wykorzystuje nowe technologie, specjalistyczne maszyny i wieloletnie doświadczenie. Nie zawsze to pomaga. Najgorsze są momenty, kiedy tak koło czerwca zboże nabiera ziarna i wtedy następuje susza. Plon, mimo starań rolnika, będzie marniutki. I nie masz na to wpływu – mówi Leszek. Podobnie, kiedy przychodzi czas zbioru, a tu leje. Kiedyś było tak, że na przemian lało i grzało. Doszło do tego, że w stojącym na polu zbożu porosły kiełki.

Ania twierdzi, że te wszystkie zdarzenia uczą pokory. Na wsi człowiek jest bardziej pokorny niż w mieście – dodaje. Mieliśmy taka sytuację trzy lata temu, kiedy podczas żniw zapaliło nam się od ciągnika pole. Dwadzieścia hektarów zboża poszło z dymem. To, co zarobilibyśmy na czysto, jakieś 70 tysięcy złotych, ulotniło się w czasie godziny. Leszek wrócił wtedy do domu bezsilny. Widział, jak kilka oddziałów straży pożarnej usiłuje gasić ogień, ale wiatr niósł żywioł dalej. Od ich pola zajęło się zboże sąsiadów. Szczęście w nieszczęściu -Leśniakowie mieli wykupione OC i za szkody wyrządzone przez ogień na polu sąsiada nie musieli płacić z własnej kieszeni. Gdyby nie to, nie wiedzą, jak skończyłyby się te żniwa. Przykra przygoda nie załamała ich. Po paru dniach musieliśmy się z tym wszystkim pogodzić. Niejedno już przecież przeszliśmy. Stało się – zaczynamy od nowa, trudno! - Ania prezentuje iście stoicką postawę.

Są takie dni kiedy trzeba pracować kilkanaście godzin na dobę. Zmrok nie może w tym przeszkodzić. Nawet w nocy pracuje się lepiej, szczególnie kiedy są upalne dni, a w ciągniku nie ma klimatyzacji. Akurat ten problem Leszka nie dotyczy. Jego nowoczesny, klimatyzowany traktor zupełnie nie przypomina starych ursusów. Jest sterylny, wyposażony w filtry czyszczące, wyciszony i można w nim słuchać radia. Leszek wysiada z ciągnika w czystej koszuli i nie huczy mu w głowie. Nie doświadczał tego wcześniej, jeżdżąc starym traktorem.

Większość prac polowych Leszek wykonuje sam. Obecnie stara się eliminować pracę ręczną stosując nowe urządzenia, na przykład siew ma być już całkiem zmechanizowany. I nie trzeba będzie dźwigać worków z ziarnem na plecach.

Żniwa to najgorętszy, nie tylko ze względu na pogodę, okres w życiu Leśniaków. Zbiory mogą trwać dwa tygodnie, ale bywa, że ciągną się przez miesiąc. Wszystko zależy od pogody, bo to przecież fabryka pod chmurką. Pamiętam, że kiedyś skończyliśmy żniwa dopiero 2 października – wspomina Ania. Zebrane zboże muszą odstawić do skupu. Szczególnie szybko trzeba to zrobić z rzepakiem, bo ziarno wymaga szczególnych warunków przechowywania. Wtedy Leszek ustawia się w tasiemcowej kolejce i czeka…Takie stanie w kolejce też może mieć swój urok  – przekonuje. W ogonku kwitnie życie towarzyskie. Na wsi teraz tego brakuje. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, których z racji wieku Leszek nie pamięta, a tylko o nich słyszał, rolnicy wieczorami schodzili się, ktoś wyjmował flaszkę, karty i było wesoło, sympatycznie. Kobiety też miały swoje wspólne zajęcia. A teraz każdy zamyka sie w domu, siada przed telewizorem i tak zamierają kontakty towarzyskie.

Po żniwach Leśniakowie robią sobie prawdziwe wakacje. Czasem jeżdżą do Włoch. Niedawno byli w Toskanii, gdzie mieli szczerą ochotę na wypoczynek i spokojny sen. Niestety, nawet tam dogoniły ich uroki życia na wsi. Jest 5.30 rano a zza okna dobiega swojski odgłos maszyny polowej, która jeździ po stromych zboczach między drzewami oliwkowymi. Na dodatek porusza sie na gąsienicach i upiornie skrzypi. Mieliśmy już z głowy spanie. I tak co rano. Nawet w niedzielę  – śmieje się Leszek.

Ania nie pracuje zawodowo. Jak sama mówi – spina to wszystko, co sie dzieje w domu i w gospodarstwie. Jej specjalność to uprawa świerków i roślin ozdobnych. Robi nasadzenia i dogląda hodowli. Uprawę świerków traktuje jako sezonowe uzupełnienie dochodów. Popyt na choinki jest duży, pierwsi klienci przychodzą zamawiać drzewka już na początku grudnia. Choinki z Uniejowic mają dobrą renomę, są klasycznie kształtne i stosunkowo niedrogie. Leśniakowie świerkami zapełnili te obszary, które nie nadają się pod inną uprawę. Obsadzili skarpy, teren przy lesie i miejsca, gdzie gleba nie nadaje się pod inne uprawy. W sumie wyszło około pięciu hektarów. Wynika z tego, że Ania ma, co robić. Na szczęście ścinanie świerków to już rola Leszka.

 Ania tradycyjnie zajmuje się też domem. Piecze pyszne pierniki i ma baczne oko na dwie nastoletnie córki. Jej zadaniem jest zawożenie ich do szkół i z powrotem. Obie dziewczyny mają jasno postawiony cel – nauka. Starsza – Marysia uczy się w legnickim liceum i liczny na to, że kiedyś zasili szeregi politechnicznej braci. Młodsza – Kalina jest na razie złotoryjską gimnazjalistką i pilnie zgłębia tajniki języka Anglosasów. Leśniakowie chcą zapewnić dziewczynom dobry start w życie. I niekoniecznie będzie on związany z rolnictwem.

Ziemię trzeba kochać – mówi Leszek. Nic na siłę. Mnie nikt nie zmuszał, do pozostania na wsi. Nie chciałbym, aby ktoś pomyślał, że zostałem zdeterminowany przez decyzję ojca. Faktycznie, z tego, co mówi, wynika, że w swoją pracę wkłada serce. Ania śmieje się czasami z niego, gdy wiosną wymyka się z domu, aby obserwować wschodzące rośliny. Chodzę codziennie i patrzę, ile im przybyło. I cieszę się jak dziecko – dodaje ze śmiechem.

Leszek przy tym całym nawale pracy znajduje jeszcze czas na hobby. Jest amatorem fotografii pejzażowej. Jako człowiek żyjący bliżej natury, ma wspaniałe okazje do uchwycenia chwil ulotnych. Boleje jednak nad tym, że nie zawsze może mieć aparat ze sobą. Bywa, że jedzie ciągnikiem, a tu natura właśnie rozpoczyna swoje widowisko. Kiedyś w maju w nocy robiłem opryski rzepaku. W świetle lamp ten rzepak miał intensywnie żółtą barwę a niebo było wręcz granatowe. Niesamowite wrażenie! Gdyby sprzęt do fotografowania nie był tak drogi, pewnie woziłbym go ze sobą w pole, ale tam trochę się kurzy i szkoda byłoby aparatu – mówi Leszek. Może dlatego też ostatnio próbuje fotografii portretowej. Najczęściej modelką jest starsza córka, Marysia. Leszek od kilku lat prezesuje Złotoryjskiemu Klubowi Fotograficznemu. Niestety, nie zawsze udaje mu się uczestniczyć w klubowych spotkaniach czy plenerach. Kiedy ma, jak to nazywa, spiętrzenie prac polowych, robi sobie wolne w ZKF-ie.

Niedawno Ania i Leszek otrzymali tytuł wicemistrza województwa dolnośląskiego w konkursie Agroliga 2011. To niemałe wyróżnienie. Co prawda mogli być mistrzami, ale organizatorzy preferują te gospodarstwa, które zajmują się hodowlą zwierząt. Komisja brała pod uwagę, czy rolnik prowadzi działalność, czy ma płynność finansową, czy systematycznie finalizuje rozpoczęte inwestycje, jakie plony uzyskuje i czy jego gospodarstwo prezentuje się estetycznie. Warunki spełniali, więc zostali docenieni. To utwierdza ich w przekonaniu, że to co robią, ma sens.

Czy mają poczucie stabilizacji? I tak i nie. Z jednej strony unijne pieniądze pomogły im zrealizować inwestycje, które zarabiają na siebie, ale z drugiej strony są zwykłe obawy o zdrowie, o pogodę…Boją się tych rzeczy, na które nie mają wpływu. Ale najbardziej lękają się czasu, kiedy córki wyjdą z domu. I kto wtedy przejmie gospodarstwo?

 

 

 

 

 

 

Iwona Pawłowska

 

 

 

 

 

10 myśli nt. „Fabryka pod chmurą

  1. Wiem, jedna właśnie stoi w moim pokoju. Takiego kształtnego drzewka dawno nie miałam :) Trzeba im zrobić reklamę :) Może jakis plenerek wśród drzew?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>