Marzenia się spełniają

Trzy miesiące przygotowań, w tym dwa tygodnie, kiedy sen to luksus i nadchodzi Finał. Finał Szlachetnej Paczki. Po raz piętnasty w Polsce a w Złotoryi jak na razie drugi. Ale za to z jakim rozmachem.

Od rana na ulicę Szkolną, gdzie mieści się główna baza Paczki, czyli w żargonie projektu – magazyn, podjeżdżają auta wypełnione paczkami, pakunkami, paczuszkami, pakami…Jest taki ruch, że przechodnie przystają na ulicy i pytają, „a kto tu się wprowadza?”, „ co tu otwierają?”. Gdyby to były czasy PRL-u, już na pewno ustawiłaby się profilaktycznie jakaś kolejka. Jednak jesteśmy tu i teraz. A konkretnie w magazynie na Szkolnej, gdzie praca wre. Odziani w czerwone koszulki wolontariusze tkwią po uszy w papierach, bo formalności tu bez liku. Szczęściarze, którzy nie załapali się na papiery, kroją ciasto i robią kawę, bo przecież trzeba czymś ugościć darczyńców, a przy okazji wzmocnić siły. A tych braknąć dziś ani jutro nie może. Ktoś czeka na drabinę, bo trzeba jeszcze ozdobić girlandami z czerwonych balonów wejście do magazynu, a inni rotacyjnie pilnują parkingu, by nie zabrakło miejsc na auta z prezentami. Tak rozpoczyna się jeden z dwóch dni Finału. Dalej jest już tylko …ciekawiej.

 

Z minuty na minutę w magazynie jest coraz gęściej. Przybywają znajomi bliżsi, dalsi. Rozpoznaję wśród nich kilka koleżanek nauczycielek z pobliskich szkół. Jest Ania Woźniak z gimnazjum w Rokitnicy. Jej paczkę robiło 45 uczniów i ich rodziców. Zaangażowanie było tak duże, że rodzice postanowili nawet przygotować weki z domowym jedzeniem dla „swojej” rodziny. Dla pani Stasi kupili ciepłe swetry, kapcie, kurtkę… i opał na zimę. Paczkę dostał też pies. Ania Woźniak mówi, że szał pomagania zaraził wszystkich jej uczniów, nawet ci najubożsi chętnie włączyli się do pomocy. Jedna z mam – fryzjerka  – urządziła w swoim zakładzie zbiórkę. Klientki zostawiały po 10, 20 zł. A ona pieniądze przyniosła do szkoły.

Pomysłów na pozyskanie pieniędzy do Paczki jest wiele. Uczniowie Zespołu Szkół Zawodowych w Złotoryi i ich opiekunka samorządu Anna Bielecka–Woźniak zorganizowali kiermasz własnoręcznie wykonanych ozdób choinkowych, a oprócz tego koncert charytatywny. W ten sposób uzbierali 1600 złotych na prezenty dla wybranej rodziny. Trochę się nabiedzili podczas zakupów, bo znalezienie konkretnego koloru pościeli z wymarzonym przez dziecko wzorem zajęło dużo czasu.

Mnóstwo czasu też zabrało pakowanie paczek Eli Struś, do których prezenty zebrali jej uczniowie ze Szkoły Podstawowej nr 3. Ela, podobnie jak Ania Bielecka-Woźniak, już drugi raz uczestniczy w akcji. Nie musiała nikogo do niej zachęcać. Dzieciaczki – szczególnie te z pierwszej klasy – spontanicznie zareagowały na jej ogłoszenie o kompletowanie rzeczy. Pomogli też nauczyciele i pracownicy szkoły. I tak powstało ponad 30 pakunków na kwotę ok. 7 tys. zł. Jest tego tak dużo, że Ela musi wspomagać się w pakowaniu wolontariuszami. Praca na szczęście idzie sprawnie, bo jeden wkłada rzeczy do pudła, drugi przycina papier, trzeci taśmę i po dwóch godzinach pakunki mogą już jechać do miejsca przeznaczenia.

Załadunek też idzie dość sprytnie. Wolontariusze mają do dyspozycji trzy busy i gotowych do działania kierowców. Często, choć nie zawsze, rekrutujących się z superW, czyli samych wolontariuszy lub ich rodzin. W tym wypadku kierowca to nie tylko szofer, ale też tragarz i logistyk, o czym przekonuje się Szymon Burdzicki – który sam zgłosił się, by pomagać Szlachetnej Paczce. W przerwach między wyjazdami pije kawę, karmiony jest ciastem i przysłuchuje się żywiołowym dyskusjom, kiedy, dokąd i z czym jechać w pierwszej kolejności. Każdy ma inny pomysł. Co chwilę dzwonią telefony…bo ktoś się zgubił, gdzieś zapodział się klucz do magazynu, darczyńca nie zdąży na czas…Chaos jest nie do opisania. Ale chyba chaos kontrolowany, bo jakoś to wszytko działa. Paweł Zabłotny próbuje to wszystko ogarnąć, ale są rzeczy, które i tak wymykają się spod kontroli, jak na przykład wersalka, która dziwnym zrządzeniem losu ląduje na szybie mojego auta, czyniąc z niej niezorganizowaną kupę szkła. Ale nic to. Nie ma samochodów niezastąpionych. Pożyczam inne auto i jadę z ekipą do pierwszej rodziny. To niedaleko , bo prawie w centrum miasta. Od początku zaczynają się schody. Dosłownie. Wdrapujemy się z paczkami na drugie piętro kamienicy. Jest stromo i ciężko, ale nie marudzimy. Nie wypada :). Kto widział marudnego św. Mikołaja? A tym bardziej całą ich gromadę? Targamy dziesięć paczek.

Docieramy do mikroskopijnego mieszkania. Żyje tu samotna matka z czwórką dzieci. Kobieta jest w szoku, gdy nas widzi z tymi pudłami. Zajmują cały jeden pokój. Dzieciaki zaczynają akcję z nożyczkami i zaraz wszystkie pudła stoją otworem. Mały Karolek ucieka ze znalezionymi zabawkami do swojej klitki i już go nie ma do końca naszej wizyty. Starsza nieco od niego Madzia – jak prawdziwa gospodyni cieszy się z mąki. Upieczemy pierniki – obiecuje jej mama. Drugi z synów, Patryk, zaglądając do kartonu z żywnością i woła: O, mój ulubiony pastet!!! Najspokojniej zachowuje się najstarsza córka – Angelika. Przygląda się z uśmiechem szaleństwu w rodzinie i trzyma na kolanach swój prezent – wymarzoną torbę. Ale kiedy dzieciaki wyciągają z paczki mikrofalówkę, mówi z rozbrajająca szczerością, że teraz już nie będą musieli chodzić na popcorn do babci.   Podziękujcie tym dobrym ludziom – mówi na koniec naszej wizyty kobieta. Jak przyszliście tu do mnie pierwszy raz, to naprawdę nie wierzyłam, że coś z tego będzie. A tu taka niespodzianka.

Fajnie jest robić niespodzianki. Dlatego jedziemy dalej. Teraz za Jawor do Godziszowej. Kręta, nieutwardzona droga prowadzi nas na skraj wsi. To tu mieszka rodzina z szóstką drobiazgu. I znowu schody. Zaczynam się śmiać, że mam fitness i siłownię w jednym. Bieganie na piętro z pakunkami to już chyba nowa tradycja przedświąteczna. Tym razem niesiemy 19 paczek. W jednej z nich dość ciężki piec gazowy. Z niego najbardziej uraduje się tata. Dla mamy jest upominek osobisty – kosmetyki. Jednak większość prezentów ma charakter bardzo praktyczny. Chłopcy są nieco rozczarowani, kiedy, otwierając kolejne pudła, trafiają na cukier, konserwy, płyny do prania i płukania. Dopiero, jak wpada im w ręce Lego, zaczyna się radość. Hałas budzi najmłodszą córeczkę, która ma okazję przytulić nową lalkę. Najstarsza z grona, oprócz zabawek, dostaje karnet na zabiegi rehabilitacyjne. Dziewczynki to może nie cieszy tak bardzo, ale jej mamę na pewno. Dlatego mówi do nas: Ciężko mi opisać, co czuję. Nie wierzyłam, że to się kiedyś stanie. Nigdy nikt mi nie pomógł. Ze łzami w oczach daje nam własnoręcznie przez dzieci zrobione laurki, abyśmy mogli przekazać je darczyńcom w dowód wdzięczności. Zostawiamy rodzinę z ich wzruszeniem i bałaganem – bo papier, wstążki i paczki zapełniają całą przestrzeń. Stojąca w pokoju choinka świetnie się z tym wszystkim komponuje.

Jedziemy dalej. Jest już ciemno, kiedy zjawiamy się w Nowych Łąkach. Małą kawalkadą aut zajeżdżamy na podwórko. Jednym busem wieziemy materiały budowlane. Drugim paczuszki i paki. A trzecim autem resztę ekipy. Rodzina pani Beaty wita nas radośnie. Tylko mały Przemek jest trochę wystraszony. Ale tylko na początku. Jak znajdzie w paczce piesko-misia, skupi się na przytulaniu zabawki. Przymuś ma 7 lat, jednak jego ciężka genetyczna choroba mocno spowalnia rozwój dziecka. Mimo wszystko chłopiec jest pogodny i kontaktowy. Z radością patrzy, kiedy tata odpakowuje coraz to bardziej kolorowe i hałaśliwe zabawki. Nie wie, czym ma się zająć. Babcia cieszy się z witamin na wzmocnienie i choć ich jeszcze nie zażyła, wygląda na coraz bardziej energiczną, bo nastrój udziela się wszystkim. Dorośli nie różnią się od dzieci, kiedy przychodzi im odpakowywać prezenty. Tylko dorosłych cieszą wiertarki czy blendery, a dzieci klocki. Kiedy wychodzimy z mieszkania, pani Beata pokazuje nam jeszcze miejsce, w którym już niedługo z tych materiałów, co przywieźliśmy zrobią pokoik dla Przemka. Zostawiamy ich w ten sobotni wieczór, zastanawiając się, jak długo jeszcze mały Przemek nie uśnie, bawiąc się nowymi zabawkami. Nam sen jednak jest już potrzebny, bo zmęczenie daje o sobie znać, a jutro cały maraton paczkowy zaczyna się od nowa.

I tak nastał dzień drugi. Już z samego ranka w niedzielę jadę do „swojej” rodziny, czyli wybranej przez Złotoryjski Klub Fotograficzny i naszych przyjaciół. Busem z dwudziestoma paczkami mkniemy do Męcinki do pani Alicji i jej jedenastoletnich bliźniąt. Wieje, pada, nie jest przyjemnie, ale przecież to nieważne, bo pogodę ma się w sercu – jak mawiają optymiści. Na miejscu optymizm mój osiąga pozom depresji na Kaszubach, bo znowu widzę wąskie strome schody. A na busie czeka do wniesienia miedzy innymi pralka. Dobrze, że jest z nami Paweł, a my mamy dużo siły …woli. Po jakichś 10 minutach wszystkie pakunki są na piętrze w największym pokoju „naszej” rodziny. Pani Alicja jest speszona i zestresowana. Mówi, że nigdy nie była w takiej sytuacji i nie wie, jak ma się zachować. Przede wszystkim powinna pani rozpakować prezenty – podpowiadamy. I to chyba najlepsze rozwiązanie, bo puszczają hamulce i zaczyna być spontanicznie. Mały Szymon wpada w euforię, kiedy trafia na paczkę z laptopem. Krzyczy: wow mam laptopa, mojego laptopa. Na przemian płacze i śmieje się ze szczęścia, biega po domu, a my nie umiemy powstrzymać łez. Nie wstydzi się też ich pani Alicja. Tylko Julka cichutko przymierza nową, różową (tak jak chciała)  kurtkę i mówi: Mamo, zobacz, ja w niej idę do szkoły! Pani Alicja przyznaje, że do tej pory córka chodziła w jej kurtce i jej butach. Teraz wszyscy mają nowiutkie. Mamo, marzenia się spełniają – woła niestrudzony w swym entuzjazmie Szymon. Na pożegnanie robimy sobie wspólne zdjęcie, a Pani Alicja rzuca się nam na szyję i mówi: Odzyskałam wiarę w ludzi, rodzina mi nie pomogła, a obcy ludzie to zrobili.

Wracamy do magazynu na Szkolną, a na niebie maluje się tęcza.  To nie tylko pogoda ducha, niebo naprawdę się przejaśnia. Wracam szczęśliwa i przekonuję się na własnej skórze, że więcej radości jest w dawaniu niż w braniu. I nieważne, ile dni nie sprzątałam mieszkania, ilu obiadów nie ugotowałam, ilu kartkówek nie sprawdziłam na czas, ile nocy zarwałam w ostatnich tygodniach. Warto było. Chociażby dla tych kilkudziesięciu minut w domu każdej z odwiedzonych rodzin.

 

W ciągu 2 dni Szlachetna Paczka rejonu Złotoryja odwiedziła 38 rodzin. Zaangażowała w pomoc 1665 darczyńców, którzy łącznie wydali na prezenty 118 800 zł. Takie są fakty. Cała reszta to emocje :).

 

 

 

 

Iwona Pawłowska

superW

 

 

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuł - Echo Złotoryi, Reportaż. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.