Rekonstruktorka

Iwona Pawłowska: Jak się czujesz jako jedyna kobieta w grupie złotoryjskich rekonstruktorów?

Dorota Konieczna: W tej chwili jestem jedyna, ale jeszcze dwa lata wstecz była z nami Gosia Kurjata. Raz na jakiś czas przebierała się też inna koleżanka. Teraz jednak zostałam sama. A jak się czuję? Chłopaki mnie traktują dobrze.

 

Jak kobietę czy jak kumpla?

Zależy…zależy w jakich okolicznościach. Jak trzeba kanapki zrobić, to jestem kobietą. Na „polu bitwy” jestem kumplem. Od początku chciałam, by traktowali mnie na równi i tak jest w większości przypadków. Ale sama mam takie zapędy, by ich poniańczyć, coś przynieść, podać…

 

Wiele masz z tego powodu pracy?

Nie, dlatego, że nas jest niewielu, w złotoryjskiej grupie, oprócz mnie, jest Przemek Markiewicz, Grześ Kurjata, Michał Maciejak i od czasu do czasu pojawia się Trevor, czyli Michał Kowalski. Ale zwykle jesteśmy w czwórkę.

 

Macie potrzebę, by poszerzyć tę grupę?

Fajnie by było, gdyby ta grupa się rozrosła, gdyby byli chętni, którzy chcą to robić. Ale to wiąże się z zakupieniem munduru, czyli kosztami. Mundury są naprawdę drogie.

 

Te, w których się pokazujecie, są waszą własnością?

Tak. Sami je kupowaliśmy. Ja przez dwa lata nie miałam swojego i pożyczałam, ale potem odkupiłam i jest. Zwykle kompletujemy odzież, szukając jej na giełdach, na allegro, są też specjalne strony internetowe z militariami.

 

Zauważyłaś, że zabawa w odtwarzanie historii jest coraz bardziej popularna?

Tak, coraz więcej się dzieje w tej sferze. Jakbyśmy byli tacy zwarci, gotowi, mobilni, moglibyśmy co weekend być na jakiejś rekonstrukcji poza Złotoryją i walczyć.

 

Dlaczego rekonstruujesz okres II wojny światowej?

Każdy inny jakoś ciężko mi się przyswajało J. A za to lubiłam czytać książki o II wojnie, relacje z obozów… Poza tym te wydarzenia są wciąż żywe w pamięci wielu. Żyją jeszcze ludzie, którzy brali w tym udział i mogą nam o tych czasach opowiedzieć.

 

No właśnie… z drugiej strony to trochę kontrowersyjne, a momentami pewnie nawet niebezpieczne, bo ten okres niedobrze niektórym się kojarzy, a wy ponadto przebieracie się w mundury sowieckie. Wiemy, jak odbierani byli Sowieci podczas II wojny i jeszcze wiele lat po niej.

Tak, to też przeżyłam podczas jednego z Finałów WOŚP. Pierwszy raz mnie dotknęła wtedy ta negatywna strona rekonstrukcji. Podszedł do nas wtedy starszy pan, który nie mógł się pogodzić z tym, że jesteśmy w sowieckich mundurach. Co chwilę do nas powracał i mówił, że tak nie można, że Rosjanie zrobili mu wielką krzywdę, skrzywdzili rodziców, dziadków. I jak my, młodzi ludzie możemy teraz ubierać na siebie te „szmaty”.

 

I jak to tłumaczyłaś?

Akurat tej osobie nie dało się nic wytłumaczyć. To był monolog. Bardzo emocjonalny. Ale są osoby, które nas o to pytają z ciekawości, a wtedy mówimy, że złe strony historii też trzeba pokazywać, przypominać. Ktoś musi być tym złym. W większości ludzie to rozumieją, pojmują, że to tylko gra, a nie propagowanie jakiejś ideologii czy jej kult.

A złotoryjanie już się przyzwyczaili do was?

Myślę, że tak. Ale szkoda, że nie mogliśmy tu jeszcze pokazać się w działaniu, w typowej rekonstrukcji. Najbliżej można nas było oglądać na Grodźcu, a to też dla niewielkiej liczby ludzi z naszego miasta. Tu przebieramy się okazjonalnie, jako nazwijmy to – lokalna atrakcja podczas pewnych imprez (ostatnio Bieg Wulkanów). Wtedy chłopaki czasem też przebierają się za milicjantów.

 

Ty nie?

W zasadzie moja przygoda z rekonstrukcjami, jakieś cztery lata temu, zaczęła się właśnie od tego, że dla zabawy ubrałam mundur milicyjny. To było podczas pierwszych edycji Biegu Wulkanów.

 

Jak często bierzecie udział w imprezach rekonstrukcyjnych?

Ubolewam nad tym, że ostatnio dość rzadko. Brakuje po prostu czasu. Każdy z nas ma życie zawodowe i osobiste. Jesteśmy też grupą, jak brakuje jednego, to reszta też nie jedzie, zwłaszcza, kiedy brakujący jest kierowcą J.

 

Ponosicie też jakieś nakłady finansowe, jadąc na takie rekonstrukcje?

Nie, w takich większych nie, poza paliwem. Czasem zwraca się nam koszty za dojazd i wyżywienie. Więc jeśli ma się mundur, to już dużo nie kosztuje ta zabawa.

 

Jak wyglądają takie rekonstrukcje walk „od środka”? Jest to precyzyjnie zaplanowane czy idziecie na żywioł?

Parę dni wcześniej dostajemy scenariusz. Według którego poruszamy się na rekonstrukcji. Każdy ma swoje zadanie, czyli rolę. Nic nie odbywa się w chaosie. Tak musi być, ponieważ najczęściej jest pirotechnika podczas tych wydarzeń. Jest też sprzęt ciężki, czołgi, samoloty, więc wszystko musi być zgrane ze sobą. Musimy wiedzieć, którą stroną możemy iść, żeby nie natknąć się na ładunki pirotechniczne. Dlatego też odbywają się najpierw próby chodzone. Wszyscy idziemy jednym ciągiem i patrzymy, gdzie nie wolno nam stawać czy przebiegać. Te miejsca zwykle są jakoś oznaczone. BHP jest tu bardzo ważne.

 

Mimo wszystko zdarzają się jakieś niebezpieczne sytuacje?

Takie drobne wypadki zdarzają się często. Raz widziałam poważniejszy wypadek w Lubiążu. Ktoś dostał odpryskiem ładunku. Ale pewnych sytuacji, mimo ostrożności nie da się uniknąć czy przewidzieć. Ale raczej wszyscy stosujemy się do zasad i zwykle jest bezpiecznie.

 

Jak znosisz te warunki polowe jako kobieta, która zwykle wygląda elegancko, estetycznie?

Taka rekonstrukcja kojarzy mi się z brudem i wysiłkiem fizycznym. Nie odbiera Ci to kobiecości?

Może to brzmi śmiesznie, ale nawet wtedy staram się dobrze wyglądać. Nawet ucharakteryzowana na ranną, posiniaczoną mam wszystko pod kontrolą. Podbite oko ma być podbite estetycznie. Nie rezygnuję też z codziennego makijażu, byle nie rzucał się zanadto w oczy.

 

Sama się charakteryzujesz?

Tak, sama sobie „strzelam lima”J. Na większych rekonstrukcjach malujemy się nawzajem z dziewczynami. Przy okazji kilkadziesiąt osób dookoła też „brudzimy”.

 

Masz jakąś skuteczną metodę na „wojenny make up”? Jakieś specjalne kosmetyki, które w tym się sprawdzają?

Mam, ale to moja tajemnica J. Używam też sztucznej krwi, no i zdradzę, że… ziemi J

 

Jaka jest atmosfera na takich wojennych eventach?

Jest świetnie. Lubimy się, nie rywalizujemy o Bóg wie co, z niecierpliwością czekamy na kolejne spotkanie. Tęsknimy za sobą. Piszemy do siebie, powiadamiamy się o następnych wydarzeniach. Mam takie znajome z Poznania, z którymi, gdy się spotykam, to wiem, że ładuję akumulatory. Rozmawiamy o rekonstrukcji, ale więcej o życiu, w ogóle o wszystkim. Mamy już nawet swój kod, porozumiewamy powiedzeniami, które dla nas są jasne lub śmieszne, bo wynikają z jakiś rekonstrukcyjnych sytuacji.

 

Wciągnęłaś w rekonstrukcje swoją rodzinę?

Mój mąż jest zdecydowanie wciągnięty, bo z reguły jest naszym kierowcą. Ale nie przebiera się w mundur. Nie ciągnie to go w ogóle. To nie jego bajka, więc mam wrażenie, że poświęca się bardzo. Czasem tak patrzę na niego z oddali i myślę sobie, że pewnie bardzo się teraz nudzi. Nigdy mi jednak tego nie okazuje. Zwykle cierpliwie czeka aż skończy się zabawa i z powrotem zawozi nas do domu.

 

A syn?

Nie lubi. Nie lubi tego hałasu, strzelania. Jak już musi jechać z nami, to jest wielki bunt. Jego interesuje tylko piłka nożna. Chociaż ostatnio byliśmy jako widzowie na Rajdzie Arado w Jeleniej Górze na lotnisku i tam mu się nawet spodobało. Może dlatego, że na tej wielkiej otwartej przestrzeni nie było uciążliwego hałasu. Po raz pierwszy syn nie musiał zatykać uszu i był zadowolony, że pojechał z nami.

 

Zdradź mi, jaka jest Twoja rola podczas rekonstrukcji?

Zwykle jestem sanitariuszką. Opatruję „rany” bandażami zrobionymi z prześcieradeł. Mam też inne rekwizyty.

 

Podczas prawdziwej bitwy umiałabyś udzielić pomocy rannemu?

Myślę, że tak. Na pewno nie spanikowałabym. Mam w sobie odruch pomocy. Niestraszne mi krew czy rany.

 

Jest taka rekonstrukcja, którą zapamiętałaś szczególnie?

Najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca byłą rekonstrukcja w ubiegłym roku w Głogowie. Było to odtworzenie epizodów z powstania warszawskiego. Tam występowałam jako cywil ale też jako sanitariuszka. Brałam też udział w ataku. To naprawdę było mega wzruszające i tam też poleciały mi autentyczne łzy z oczu. Było kilka scen, podczas których trudno było ukryć wzruszenie, na przykład pojmanie dziecka, które miało być rozstrzelane lub wsadzanie nas do samochodu, by wywieźć nas na śmierć.

To było piękne i perfekcyjnie zorganizowane widowisko. Dużo się działo i bardzo ładnie odtworzona została wojenna Warszawa…w Głogowie.

 

Nie miałaś na sobie sowieckiego mundury, więc jak wyglądałaś?

Miałam sukienkę (wygrzebaną z szafy babci kolegi) i torebkę z tamtych czasów. Stylizowane buty (pantofle z Clarksa), skarpetki bez ściągacza (niełatwo takie kupić). Moja fryzura też była odzwierciedleniem mody z lat wojennych.

 

Dbasz o szczegóły?

Tak, staram się. Wyszukuję wiadomości w Internecie, śledzę to, co związane z obyczajowością czasów, jakie odtwarzam. Chcę, by to wszystko, co robię, było perfekcyjne.

Wykorzystano was, rekonstruktorów, jako obsadę aktorską w „Opowieści złotoryjskiej”. Jak to wspominasz?

Muszę cię zaskoczyć, to nie jest jedyny film, w jakim wystąpiliśmy. Dwa lata temu kręciliśmy w Świebodzicach zdjęcia do „Ogłuszonych ciszą” Petelskiego (w tym roku film wchodzi na ekrany). Cały dzień graliśmy kilkunastosekundową scenę, co doprowadzało nas do szaleństwa. Charakteryzatorce nie podobały się moje jasne włosy i ciągle chodziła za mną i smarowała mi je jakimś czarnym mazidłem J. Ale i dniówka i atmosfera na planie wynagrodziły to wszystko. Było bardzo fajnie. Widziałam zwiastun i na nim jesteśmy, co prawda widać tylko nasze sylwetki, mimo to mamy satysfakcję.

 

Jak porównujesz te dwa filmy?

„Opowieść” jest projektem, do którego jako złotoryjanka mam emocjonalny stosunek. To nasz film. A tamten potraktowałam jako fajną przygodę, ale raczej popatrzyłam na to w kategoriach komercyjnych. Ale dodam, że na tym profesjonalnym planie, byliśmy bardzo zawodowi, nawet udzielaliśmy wskazówek statystom J.

 

Słyszałam też, że jesteś twarzą kalendarza.

Tak. Z dziewczynami z Polkowic zrobiłyśmy, według ich pomysłu, fajny kalendarz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Pokazuje on młode dziewczyny podczas wojny w zwyczajnych sytuacjach i potem te same kobiety z tymi samymi gestami, ale już w innej scenerii, podczas zmagań wojennych, bitwy. Są tam chyba moje trzy zdjęcia. Miło wspominam pracę nad tym projektem. Był pełen profesjonalizm. Zdjęcia są naprawdę świetne. Mam zdjęcie, jak leżę z kolegą na kocu, słuchamy muzyki z gramofonu, podaję mu jagody do ust. Dłoń mam poplamioną sokiem z jagód. Jesteśmy szczęśliwi. I w tym samym ułożeniu mamy drugie zdjęcie, tyle, że nie leżymy na kocu, lecz on na trawie, umiera, a ja mam jego krew na rękach

Oprócz kalendarza zrobiono zdjęcia na wystawę. Wernisaż był w Polkowicach i ta wystawa miała jeździć po miastach, ale jak potoczyły się jej dalsze losy – nie wiem.

 

Pokażesz nam te ujęcia?

Jasne. Możesz publikować. Nawet byłabym szczęśliwa J.

 

To może jeszcze obiecaj, że sprowadzisz tę wystawę do Złotoryi.

Dobry pomysł. Postaram się. Może na rocznicę wybuchu wojny?

 

No to jesteśmy umówione. I na koniec życzę Ci, by ta pasja nie opuściła ani Ciebie, ani Twoich kolegów szybko, a może kiedyś doczekamy się i w naszym mieście rekonstrukcji z prawdziwego zdarzenia.

 

z Dorotą Konieczną rozmawiała

 Iwona Pawłowska

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuł - Echo Złotoryi, Wywiad. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.