Znikające talerze

Od pewnego czasu każdej mojej obecności w kuchni towarzyszył niepokój. Z dnia na dzień zaczynało mi ubywać talerzy, szklanek, kubków, widelców, noży…Mój niepokój sięgnął zenitu, kiedy już miałam problem, by podać obiad wszystkim nam jednocześnie. Od razu odrzuciłam myśl, że pod moją nieobecność przychodzi kolekcjoner miśnieńskiej porcelany i uzupełnia swą kolekcję o moją zastawę stołową. Odrzuciłam tę myśl z prostej przyczyny – z miśnieńskiej porcelany nie jadamy. Z Rosenthala też nie. Sreber również nie posiadamy.
Nie wiem, dlaczego tego cudownego znikania nie skojarzyłam do razu z przedłużoną z powodu świąt obecnością w domu mojej pociechy młodszej. Do dziś. Bo dziś przyszłam z pracy objuczona zakupami jak himalajski szerpa, głodna, jak można być głodnym w porze obiadowej, ale z ambitnymi planami, co zrobię za chwilę w kuchni, czym nakarmię swą pociechę na tzw. „redukcji”, gdy tymczasem…Tymczasem moim oczom ukazał się widok piramidy ze szklanek i kubków na rusztowaniu ze sztućców. Ta misterna budowla z brudnych naczyń tkwiła w zlewie. Na stole rozrósł się stos talerzy, blat zachwycał mniejszymi konstrukcjami z talerzyków deserowych z zaschniętymi plamami ciasta(?), czekolady(?) czy innej masy kalorycznej.
No tak.
Syn sprzątał pokój. Czasem to robi. I gdzieś między skarpetami i koszulkami, obok łóżka i pod biurkiem udało mu się znaleźć to, czego tak bezskutecznie szukałam, to, co swym niejasnym znikaniem mąciło mi zmysły. To, co młody wziął i naiwnie wierzył, że samo do kuchni wróci.
Nie wiem, czy to też tak działa w przypadku znikających pieniędzy? Może poproszę syna o gruntowne sprzątnięcie naszego pokoju? Nawet jakby miał znaleźć tylko brudne pieniądze, to nie mam nic przeciwko 😉 .

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.