Ale jeszcze żyję

Czego jak czego, ale wrażeń to mi na lekcjach nie brakuje. Podświadomie przeczuwałam lat temu wiele, że wybierając pracę w szkole, będę miała jazdę figurową bez trzymanki, ale żeby od razu rollercoaster?
Na przykład wczoraj. Miejsce akcji klasa 104. Czas akcji 6 lekcja, ostatnia przed weekendem. Bohaterowie: maturzyści i ja.
W mój wykład o paraboliczności „Procesu” wkrada się głos z sali i pytanie, zadawane mi co jakiś czas już od początku tygodnia: „Ale idzie pani na naszą studniówkę?” I pada z moich ust równie niezmienna odpowiedź: „Niestety, nie”. I znowu: „Ale dlaczego?” Więc ja konsekwentnie jak dzień i dwa, i trzy dni wcześniej, że chodzę tylko wtedy, kiedy już nie mogę się wykręcić, czyli jako wychowawca. Maturzyści z uporem godnym ważniejszej sprawy drążą temat. Przyciśnięta do muru odpowiadam, że po prostu jestem domatorką i nie lubię takich ani żadnych imprez. Jak nie muszę, to nie chodzę.
I wtedy ze strony jednego z moich uczniów pada to, co gdybym stała, zbiłoby mnie z nóg: „Ok, jak pani umrze, to ja nie przyjdę na pani pogrzeb, bo powiem, że nie lubię takich imprez.” ;).
I tak uświadomiłam sobie, że w moim życiu – w rozumieniu tych młodych ludzi – nie czeka mnie już żadna fajna impreza poza własnym pogrzebem ;).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.