Czytać, nie czytać…

Jak przekonać uczniów do czytania lektur głowię się i głowię i wiem, że jestem na straconej już dawno pozycji. Ja to wszystko rozumiem i czasem wywieszam białą flagę.
Bynajmniej nie narzekam na czasy i zepsucie współczesnej młodzieży. Nie tak dawno…no dobrze, w pewnej dalekiej przeszłości sama byłam młodzieżą. I też nie czytałam. To znaczy lektur nie czytałam. Bo inne książki nałogowo sobie zapodawałam. Ktoś mógłby słusznie zapytać, jak ja skończyłam liceum i maturę zdałam, a na dodatek na polonistykę poszłam? Dobre pytanie. Duża w tym rola mojej sumiennej koleżanki Eli, która czytała wszystko, jak leci i w drodze do szkoły mi streszczała. Resztę nadrabiałam miną, słowotokiem i szczyptą inteligencji, bazując na dobrym wrażeniu, jakie niegdyś wywarłam na polonistce. System był prawie niezawodny. Zawiódł tylko raz. Lektura, na jakiej wpadłam, do dziś odbija mi się czkawką, tym bardziej, że co roku muszę ją z uczniami omawiać, rozumiejąc jednocześnie ich niechęć do tego arcydzieła.
Czytałam za to wszystko, czego na szczęście dla autorów, nie wrzucono do kanonu lektur: Hłaskę, Stachurę, Vonneguta, Bułhakowa, Wojaczka…
Podejrzewam, a w zasadzie jestem pewna, że niektórzy moi uczniowie też mają ten swój „drugi obieg” lekturowy, tak zwaną „literaturę podziemną” czy też bardziej „podławkową”. Nawet już nie awanturuję się, kiedy podczas lekcji ktoś czyta. Patrzę tylko na tytuł. Jak ambitny, przymykam oko. A niech ma, niech się zaczyta, niech potem idzie na polonistykę, niech bawi się, jak ja! . To jedyna kara, jaka może go za czytanie spotkać. Całą reszta jest do zniesienia .
Ostatnio jeden z uczniów, któremu nie udało się ukryć przede mną zupełnej ignorancji w kwestii „Procesu”, zaczął snuć marzenie, by książki można było pochłaniać innym zmysłem niż wzrok. „Była taka bajka – opowiadał – w której książki zmieniały się w ciastka i można było je zjeść, a potem cała wiedza szła do głowy”. „Bajki co prawda nie znam. Znam jednak inną – „Zaczarowany ołówek” – dopowiedziałam. „Można było sobie narysować, co się chce i to stawało się realne”.
– Co na przykład? – zapytał uczeń
– Na przykład świadectwo maturalne – odpowiedziałam 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.