Iwona Pawłowska nauczyciel języka polskiego, redaktor Echa Złotoryi
7
lut

Kiedyś to było…

Kategorie: Bez kategorii  Autor: ip


Akumulator w moim aucie nie żyje już od dwóch dni. Nie wiem, czy czekać jeszcze dobę na zmartwychwstanie, czy kupić nowy. A wszystko przez to, że przywiało trochę zimy. I już kłopot. Jak z tym żyć? Na drogach śnieg, na polach mróz…kto to widział! W lutym?
A przecież kiedyś zimy były prawdziwsze. Była nawet zima stulecia, w ubiegłym wieku, co prawda, ale ją pamiętam. Szczególnie te hałdy śniegu i tunele, które trzeba było kopać, by przebić się z miejsca na miejsce. Pod tonami bieli trudno było zidentyfikować, którędy przebiegała droga, a którędy rzeka. Dziś nie do pomyślenia.
I nie było wtedy bielizny termoaktywnej, goretexów, ani nawet polarów, tylko włóczkowe skarpety, dziergane przez babcię getry, kupowane w sklepie fabrycznym złotoryjskich Filców śniegowce czy bardziej ekskluzywne relaxy z Nowego Targu. A na dłoniach wełniane rękawiczki z jednym palcem.
Ale była frajda, bo jak przyszła zima stulecia, to nawet szkoły zamknęli. Więc biegało się po dworze, bo cieplej tam było i weselej niż w mieszkaniach, gdzie piece nie dawały rady, a rury z mrozu pękały. Z tym kłopotali się dorośli, ale nie my – dzieciaki. My lepiliśmy igloo lub śnieżne okopy, lizaliśmy sople zwisające z rynny, eksperymentowaliśmy z przykładaniem języka do balustrady schodów, a gdy udało się nam w całości odlepić od niej, biegliśmy pojeździć na łyżwach po zamrożonych gliniankach za szpitalem. Albo na sanki na wysypisku śmieci. Wracaliśmy stamtąd w śnieżnej panierce, sztywni od mrozu i zwykle bez sanek, bo te nie wytrzymywały nadmiernej eksploatacji. Bywało, że rodzice profilaktycznie pakowali nas po tych eskapadach do łóżka z termoforem pod kołdrą, aplikując potwornie gorzką polopirynę i lepko słodką herbatę z sokiem malinowym.
I jakoś to wszystko przetrwaliśmy.
Może dlatego, że byliśmy dziećmi i nie musieliśmy przejmować się nieodśnieżonym parkingiem, śliskim podjazdem czy martwym akumulatorem.

Zostaw komentarz