Iwona Pawłowska nauczyciel języka polskiego, redaktor Echa Złotoryi
20
mar

Kiedyś się czytało

Kategorie: Bez kategorii  Autor: ip


Kiedyś to się czytało. Bo w ogóle kiedyś było lepiej. Od dziecka się czytało. Od przedszkolaka. Najpierw był „Miś”. W „Misiu” najlepsze były rozkładówki. Nie, nie mylić z TYMI rozkładówkami. Tamte były z grubszego papieru, prawie tektury i można było wycinać z nich różne fajne rzeczy: domki, samochody, kostki do gry, zwierzątka…takie polskie origami…Wystarczyło trochę kleju, który zresztą dobrze smakował, i zabawy było co niemiara. Dla rodzica również, bo potem te plamy z kleju musiał jakoś usuwać ze stołu, podłogi, mebli czy ubrania. W „Misiu” były wierszyki dla dzieci i opowieści Pana Hipopopo i Gapiszona. Takie historyjki w obrazkach, które rozbudzały wyobraźnię młodziutkiego czytelnika.
Gdy czytelnik nieco przybrał w latach i na wadze, mógł już porzucić „Misia” na korzyść „Świerszczyka” (proszę bez skojarzeń). „Świerszczyk” był dla uczniaków. Oczywiście tych młodszych, bo nieco starsi już kupowali „Płomyczka”. Pamiętam, że w szkole można było zaprenumerować to czasopismo i pamiętam też radość, gdy nauczyciel nam przynosił świeżutkie gazety. Bo wtedy się czytało. A jak się czytało, to przy okazji myślało. Taki skutek uboczny, nie zawsze pożądany.
Najmilej wspominam „Świat Młodych”. Wielkoformatowe, kolorowe czasopismo dla prawdziwej młodzieży nosiło podtytuł „Harcerska gazeta nastolatków”. Akurat ten skautowski charakter nie był tu może najistotniejszy. Najważniejsze były komiksy na ostatnich stronach gazety. To tu można było poczytać kultowe historie: „Tytus, Romek i A’Tomek”, „Jonka, Jonek i Kleks” czy „Kajko i Kokosz”- taki rodzimy odpowiednik „Asterixa”. Z jaką radością zaglądałam do torby, gdy mama przynosiła mi te gazety, wcześniej kupione „spod lady” u zaznajomionej kioskarki. Tak, kiedyś kioskarki i ekspedientki to były panie na włościach i jeśli chciało się w miarę dostatnio i wygodnie żyć, to trzeba było najpierw nawiązać dobre relacje z handlowcami. Tak brzmiało niepisane prawo przetrwania w PRL-u.
A wracając do „Świata Młodych”…nie zapomnę, kiedy u swoich tak zwanych drugich dziadków odkryłam pakamerę, w której chowali przywiezioną przez moich wujków i ciocie makulaturę. Spod kilogramów gazet tych oczywiście politycznie słusznych, szarych i nudnych, wykopałam kilkadziesiąt numerów kolorowego „Świata Młodych”. Zapewne to był spadek po moich dorastających kuzynach. Przesiedziałam w tej komórce na strychu kilka godzin i cierpliwie wycinałam każdy komiks, a potem składałam te strony w książeczkę, którą z nabożeństwem czytałam. Po wielokroć. Bo kiedyś się czytało…

fot. Internety

Komentowanie zabronione.