Przedmaturalne malkontenctwo ;)


Odprowadziłam wczoraj na próg dorosłości już szósty rocznik swoich wychowanków w liceum. I można by powiedzieć, że moja rola jako cicerone dobiegła końca. W tym roku wyjątkowo nie będę uczestniczyć w maturze swoich uczniów. To pierwszy w mojej karierze taki egzamin dojrzałości, któremu przyglądać się będę z boku. To wcale nie znaczy, że nabędę emocjonalnego dystansu. Zawsze jest lęk o to, czy zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by wyposażyć uczniów w to, co im da upragniony certyfikat. Bo chyba tylko o ten dokument chodzi. Nie jestem naiwna i nie wierzę, że kiedyś przyda im się w jakiejkolwiek sytuacji fraza z „Ody do młodości” czy profil psychologiczny Raskolnikowa. Nie mam złudzeń – wiedza o wzdłużeniu zastępczym czy wokalizacji jerów – również psu na budę. Archaizacje i dialektyzacje też chleba im nie dadzą. Zwłaszcza, że w planach jest studiowanie na politechnice czy uniwersytetach przyrodniczych. Rozważania o Weltschmerzu Kordiana nawet na randce się nie sprawdzą. Anachroniczne wyznania Petrarki nie pomogą we flircie.
Prawie trzy lata robiliśmy na lekcjach coś, czego wartość skończy się wraz z ostatnim egzaminem. I z całego tego polskiego zostanie może umiejętność napisana listu motywacyjnego czy CV (nabyta zresztą w gimnazjum, czyli nie za moją sprawą).
I gdyby tak nadać mej pracy wartość materialną, to okazałoby się, że nie tylko powinnam zwrócić całą swoją pensję pobieraną przez te lata, ale jeszcze dopłacić za prąd i ogrzewanie w czasie, gdy przebywałam w swojej pracowni .
Dlatego niech chociaż matura i jej wynik będą dowodem na to, że było warto.
Powodzenia moi drodzy! Połamania piór (przypominam o czarnym atramencie) 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.