Coś wyszło z szafy, czyli grupa szybkiego reagowania ;)


Niedziela rano. Budzi mnie dźwięk Messengera. Sprawdzam, a tam wiadomość od syna z drugiego pokoju: „Mamo chodź szybko”. Zaniepokojona takim komunikatem biegnę do niego. Syn leży na łóżku z jakąś mało pewną miną i mówi: „Mamo, coś łazi mi po pokoju, chyba wyszło z szafy”. Przez myśl przechodzi mi absurdalna wszak refleksja, że może coś palił, ale nie czuję nic podejrzanego, alkoholu też nie. Dlatego postanawiam potraktować zgłoszenie o wtargnięciu intruza poważnie.
I pytam: Co to było? Mysz?
– Nie, chyba owad – odpowiada niepewnie dziecko (a ja oddycham z lekką ulgą). Rzuciłem w to coś koszulką i teraz tam jest.
Spoglądam na podłogę, rzeczywiście obok tradycyjnego gniazda ze spodenek i skarpet na podłodze leży koszulka. Nie rusza się. Uff…
– Mamo weź to wynieś – prosi syn.
Jak mam to wynieść, kiedy nie wiem, co jest pod spodem tej koszulki. Na wszelki wypadek idę po kalosze, a nuż to żmija? Jednak po tylu tygodniach suszy zapominam, gdzie są moje gumowce. Z braku obuwia ochronnego zakładam zwykłe kapcie. Zawsze to coś. I idę po młotek. Młotka nie ma. Wracam z klepką na muchy, najwyżej tym będę tłuc to coś. Uzbrojona w klepkę i kapcie podnoszę ostrożnie koszulkę. Pod koszulką leży podduszony chrabąszcz. Prawdopodobnie jelonek rogacz.
Szkoda, że Konopnicka nigdy nie miała okazji poznać mojego syna. Burczymucha nie miałby wtedy na imię Stefek

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *