Tempus fugit, czyli felieton wcale nie zabawny


Ostatnio syn wszedł do pokoju, kiedy w tle mojego domowego życia TV emitowała program z cyklu „śniadaniówka”. Gdy chodzę, jak Pan Bóg przykazał, do pracy, omija mnie przywilej omiatania wzrokiem i słuchem tych produkcji, jednak na urlopie pozwalam sobie na ten luksus. Nie żebym była szczególnie zainteresowana plotkami z „czerwonego dywanu” czy owłosieniem u niemowląt, ale po prostu lubię, tak niezobowiązująco, popatrzeć sobie na innych ludzi i od czasu do czasu wyłapać jakąś pożyteczną myśl.
No i właśnie podczas tego wyłapywania zastał mnie syn, wszedłszy uprzednio do mojego pokoju .
Akurat w tym momencie prowadzący program rozmawiali z kaskaderem. Ciekawy gość, interesująco mówił, materiał ilustrowały zdjęcia jego wyczynów. Jednym słowem (sorry – trzema) chciało się słuchać. Ale urocza para prowadzących w najciekawszym momencie przerwała opowieść gościa, „bo czas goni”. Wtedy mój syn oburzył się: „Jak to, on chce mówić, a ci mu przerywają. Przecież fajnie mówił”. Nadmienię, że mój syn rzadko ma do czynienia ze „śniadaniówkami”, więc jego oburzenie było jak najbardziej autentyczne, spontaniczne i świeże. Bo ja już przywykłam.
Ale właśnie jego reakcja skłoniła mnie do niniejszych refleksji.
Programy TV, audycje radiowe, teksty w gazetach są coraz bardziej skondensowane, jak mleko w puszce. Tylko mleko można rozcieńczyć, a przekazu już nie. A skoro o jedzeniu, to zapraszani kucharze muszą mówić tak szybko, że nie ma już czasu na pokazanie tego, co gotują. Nie żebym chciała ich naśladować, bo w domu na próżno mi szukać mleka migdałowego (kto wydoił migdały?) czy owsianego do zrobienia super odżywczego koktajlu z dodatkiem jarmużu, który nikogo nie uczula, a pewnie też nikomu nie smakuje. Tak samo, jak nie będę naśladować blogerek uczących robienia makijażu, bo nie mam tylu pędzli, nawet jakbym włączyła na stan te do malowania ścian. Nie mam też tylu kosmetyków  🙁
Wszystko w tzw. dziennikarstwie podporządkowane zostało czasowi, bo czas to pieniądz. W godzinie musi się zmieścić dziś więcej treści niż kiedyś, przecież trzeba tam upchać kilkanaście reklam (tych samych) i informacje, kto sponsoruje tę godzinę(?) emisji. Tylko co z gośćmi, co z tematami, które po łebkach się maca, a nie porusza? Co z widzem, który jeszcze na dobre nie zacznie skupiać uwagi na fajnej rozmowie, a już rozprasza go preparat na wątrobę, potencję czy refluks?
Ja wszystko rozumiem. Rozumiem, że dziś przekaz ma być dynamiczny, że im mniej słów, tym lepiej. Tylko dla kogo? Młode pokolenie już nie czyta tekstu, który ma pół strony. Wystarczy mu nagłówek i ilustracja.
Żeby tylko młode…dorosłe już też ma problem z większym nagromadzeniem liter. Kiedyś zarzucono „Echu”, że teksty w nim są za długie. Owszem, są długie, bo są do czytania, a nie do omiatania wzrokiem. Tylko komu się dziś chce skupiać na tekście? Najlepiej, by było, aby do „Echa” dodawać streszczenie, zresztą jak do każdego dłuższego artykułu w jakimkolwiek czasopiśmie.
Ja rozumiem, że świat przyśpieszył, tylko kto go nakręca? Czy dziennikarze, których goni czas antenowy? Czy odbiorcy, którzy nie mają już do niczego cierpliwości? I kto przerwie tę gonitwę?
Takie czasy – ktoś powie i ja to też rozumiem. Ale czy muszę się na to zgadzać?
Właśnie, w ramach buntu, napisałam ponad pół tysiąca(!) wyrazów. Ciekawe, kto doczyta do końca?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *