Ziejąca grozą pustka

Dobiega końca szaleństwo narodowe, studzi się powoli gorączka nieustannie podsycana przez media z każdej strony politycznej barykady. Już mamy odpowiedzi na pytania, jaki marsz przeszedł przez stolicę i czy warto było wokół tego robić tyle szumu. Już wiemy, ilu gości honorowych ze świata nie przybyło na te obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. Nawet taka rocznica nie skłoniła narodu do mówienia jednym głosem, nie zachęciła też do porzucenia wzajemnych uprzedzeń. Tak to w wielkiej polityce bywa. Ale czemu się dziwić, skoro na samym dole (wypadałoby powiedzieć- końcu łańcucha pokarmowego) w małych miasteczkach też wrze. Wrze, bo trzeba ponarzekać na organizację obchodów rocznicy, ponarzekać, że się nie wyszło z domu, by w nich uczestniczyć, pomarudzić na mniejszą liczbę flag na ulicy niż w innym mieście czy też na mniejsze koszty narodowej/miejskiej celebry, na mało atrakcyjne propozycje dla mieszkańców…
I w tym momencie mam przed oczyma skojarzenie z filmem Barei, gdzie do wieczerzy wigilijnej zasiadają ateiści. Groteskowa scena w gruncie rzeczy pokazuje, że dla nas liczy się fasada, jak najlepiej odmalowana, a za nią może być ziejąca grozą pustka. Siadamy do wigilijnego stołu bez Boga w sercu. Przekładając to na bardziej zrozumiały przekaz – chcemy obchodzić patriotyczne święto, a nie możemy patrzeć jeden na drugiego bez żądzy krwi.
Kochać ojczyznę, to też szanować swoje miasto i własnego sąsiada.
Ale po co, przecież łatwiej wywiesić flagę na balkonie i powtarzać: śmierć wrogom…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.