“Ludzie listy piszą…”

Przed świętami wpadłam na kawę do mamy, kiedy ta studiowała porozkładane na stole notatki z przepisami. Wertując kartki, natknęła się, zupełnie przypadkiem, na listy swojej mamy, a mojej babci sprzed co najmniej dwudziestu lat. Babcia była wtedy w Kanadzie u innej swojej córki, opiekowała się jej dziećmi i doświadczała zupełnie odmiennego świata niż Polska. 
Zerknęłam na te listy i zrobiło mi się tak ciepło na serduchu. Babci już nie ma z nami kilkanaście lat, jest znacznie dalej niż Kanada, a nagle poczułam, że mam ją na wyciągnięcie dłoni. Listy był proste, takie zwykłe relacje zza Wielkiej Wody, o tym, że tam jest zupełnie inaczej i co to „inaczej” znaczy. Prostym językiem kobiety niekształconej, ale mądrej i wnikliwej obserwatorki pisała o swoich sprawach i zarazem troszczyła się o pozostawionego w kraju męża, dorosłe dzieci, wnuki…Żałowałam, że zachowały się tylko trzy z bogatszej korespondencji. Bo przecież listy to jeden z dowodów na to, jacy byliśmy i co sądziliśmy o świecie, to taka przepustka w intymny świat myśli i przeżyć. Jeden z dowodów na istnienie.
To nie to samo, co dzisiejsze messengerowe wiadomości, esemesowe korespondencje…
List był obszerniejszy, a że wędrował też dłuższy czas niż dzisiejsze elektroniczne wiadomości, zawierał więcej szczegółów i był niejako opowieścią o tych interwałach w naszej wspólnej obecności.
Tak żałuję, że nie zachowały się listy, które dostawałam w swoim przedmałżeńskim etapie biografii. Były tam korespondencje od mojego przyszłego męża, bo przecież dzieliła nas przestrzeń jak stąd do Poznania, a telefon kiedyś to nie to samo co telefon dziś. Wówczas, by porozmawiać ze sobą za pośrednictwem łączy, trzeba było po pierwsze mieć aparat w domu, a po drugie zamówić rozmowę międzymiastową i czekać, czasami dość długo, na połączenie. Zatem zostawało pośrednictwo poczty. I wyczekiwanie listonosza.
Dlatego taką wagę przywiązywało się do papieru listowego, czyli papeterii (ozdobnej/pachnącej), do kopert i do ładnego, kształtnego pisma. Te wszystkie szczegóły były swoistym komunikatem, za sprawą którego można było powiedzieć więcej niż słowami, a na pewno te słowa dopełnić.
Listy były też rodzajem flirtu, co kiedyś nawet z koleżankami licealnymi wykorzystałyśmy. A było to na wakacjach, na obozie wędrownym w okolicach Słupska. Siedziałyśmy sobie w rynku w Sławnie, był wieczór, ale jeszcze – jak to latem – całkiem jasny i ciepły. Kiedy tak sobie plotkowałyśmy o nieobecnych, z jednego z okien przyglądał się nam młody człowiek. Jako, że wzrok miałyśmy wtedy bardziej sokoli niż dziś, udało nam się zdiagnozować jego aparycję jako całkiem interesującą. Byłyśmy jednak na tyle nieśmiałe, że nie podjęłyśmy wtedy próby nawiązania rozmowy, ale na tyle sprytne, że kiedy opuszczałyśmy rynek, sprawdziłyśmy adres kamienicy i nazwisko na liście lokatorów. Po powrocie do domu postanowiłyśmy napisać do chłopaka. To znaczy one postanowiły, a ja napisałam i podałam swój adres. W sumie to wszystko było tak dla żartu, ale okazało się, że chłopak odpisał do mnie. I tak się zaczęła nasza rozmowa. Dialog zupełnie nieznajomych. I to było naprawdę zabawne, a nawet intrygujące. Dziewczyny szybko zapomniały o żarcie, a ja nadal w tym tkwiłam. Dziś już nie pamiętam, ile trwała ta wymiana listów, ale na pewno kilka miesięcy. Nie pamiętam też, jak się skończyła, ani to, jak chłopak się nazywał, choć po głowie mi chodzą inicjały W.W.
Tak, listy to była fajna sprawa. Ale kto dziś jeszcze chce je pisać? Poza Urzędem Skarbowym, PGNiG i Tauronem 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.