Dwa lata dłużej

Od wczoraj spływają via internet budujące mnie wieści. Jedna mówi, że ludzie czytający książki żyją dłużej o dwa lata niż ci, którzy gardzą literaturą. Druga głosi, że przebywający wśród drzew i zieleni są zdrowsi od pozostałych. Wygląda na to, że w lepszym zdrowiu niż inni będę o dwa lata żyć dłużej. Pytanie tylko brzmi, ile żyłabym bez czytania? I jak to sprawdzić, że mam dwa lata w bonusie? Ale mniejsza o większość. Trzeba się trzymać tego, co dobrego wreszcie odkryli przede mną naukowcy. Bo przecież to jest o mnie. Czytam od wczesnego dzieciństwa (gazety, bajeczki, komiksy). A nawet kiedy jeszcze nie umiałam czytać, to jadłam książki. Dosłownie. Tylko akurat nie wiem, czy farba drukarska rzeczywiście pozytywnie wpływa na długość życia? Uwielbiałam serię „Poczytaj mi mamo”. Wbrew tytułowi nie prosiłam mamy ani nikogo innego o czytanie. Byłam samodzielna.

Niektórych książeczek uczyłam się na pamięć, jak na przykład „Przygód Koziołka Matołka”. W erze podstawówkowej byłam nałogowym czytelnikiem biblioteki szkolnej. Pochłaniałam serie z Tomkiem Wilmowskim, Panem Samochodzikiem, uwielbiałam Siesicką. Czytałam wszystko i zachłannie. Chociaż…niekoniecznie podobały mi się szkolne lektury. Szczególnie te w liceum. Sienkiewicza do tej pory nie uznaję za pisarza, któremu powinnam poświęcić szczególne miejsce na półce. No, może jeszcze „Rodzina Połanieckich” by się ostała, gdybym to ja budowała listę lektur szkolnych. Orzeszkowa (mimo, że de domo Pawłowska) również nie budzi moich cieplejszych uczuć. Akurat jej „Nad Niemnem”, będąc mi treściowo obce, sprawiło, że dostałam jedną z nielicznych ocen niedostatecznych w liceum na języku polskim. Nie przeczytałam też kilku innych obowiązkowych tekstów, co musiałam już nadrobić na studiach, a odpokutować jeszcze później, męcząc corocznie tymi ciężkostrawnymi tekstami siebie i Bogu ducha winną młodzież.
Tak myślę sobie prywatnie, że lista lektur to najgorsze, co można zafundować uczniom i pisarzom jednocześnie. Taki Mickiewicz co prawda żyje wiecznie w świadomości pokoleń, ale lepiej nie pytać, w jakiej postaci. A ucznia na sam dźwięk nazwiska wieszcza już skręca z nudów. A w gruncie rzeczy jego „Pan Tadeusz’ to całkiem urokliwa historia, do której dorasta się po skoczeniu szkół.
Ale przecież nie samym Mickiewiczem musimy przedłużać swoje życie. Jest przecież tyle ciekawych książek, które można sobie aplikować w chwili relaksu, czyli w życiu pozasłużbowym. Czytanie powinno być przyjemnością. Tak jak przyjemnością jest już dla mnie kupowanie książki. To podobny kop endorfin jak podczas ciuchowego szopingu. Sama nie wiem, czy bardziej cieszy mnie nowa książka czy nowa bluzka. Księgarnia jednak ma jedną, ale ogromną przewagę nad sklepem odzieżowym – zapach książek. To nieporównywalne z niczym. Nawet perfumerie nie dają mi takich doznań.
Jestem typem człowieka, dla którego wieczór z książką jakościowo znaczy więcej niż impreza towarzyska.
Mam też inne zboczenie – kiedy jadę do innego miasta, odwiedzam tamtejszą księgarnię. Nie pomaga tu żaden pragmatyzm, że przecież każda zaopatrzona jest podobnie – zupełnie irracjonalnie szukam w niej czegoś, czego nie znalazłam wcześniej, gdzie indziej. Nie wyobrażam sobie również jechać na urlop bez książki. Zabieram ich zwykle więcej niż jestem w stanie przetrawić. I za każdym razem czytając, zadaję sobie pytanie, czy sama umiałabym coś napisać?
Ale nie wiem, czy pisanie też przedłuża życie o dwa lata? Poczekam, aż to udowodnią naukowcy.

P.S. Następnym razem o przedłużaniu życia zielenią 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.