“Pamiętajcie o ogrodach”

Miało być o zieleni. To będzie. I o drzewach też, bo jak ostatnio pisałam, życie wśród roślin poprawia samopoczucie. A ja miałam to szczęście, że przez większość mojego czasu otaczał mnie ogród. W dzieciństwie taki prawdziwie wiejski. Pod oknami domu dziadków otoczony płotem z surowego drewna był jeden ogródeczek, kilkanaście metrów dalej sad z jabłonkami, a na podwórku stała słynna lipa, której pnia nie obejmowały moje ramiona. W babcinym ogródeczku rosły piwonie, róże i pantofelki Matki Boskiej, czyli trujący tojad. Od późnej wiosny do jesieni zawsze coś kwitło. I dziwiło mnie, że babcia znajdowała wśród rozlicznych obowiązków czas, by jeszcze pielęgnować kwiaty. W sadzie, bardziej praktycznej części ogrodu, rosły szare renety, których skórka była bardzo szorstka i niezachęcająca do jedzenia jabłka, jednak smak miąższu był nie do pogardzenia. Dziś ta odmiana jabłek powoli wraca do łask, ale nie kusi tak oczu, jak te plastikowe i wypolerowane z supermarketu.

Koło babcinego domu była też czereśnia, na którą nawet umiałam wejść i siedząc wygodnie plułam pestkami wokół drzewa. Niestety, pod nim rosły pokrzywy, więc nieostrożne schodzenie z czereśni kończyło się bąblami na nogach. Czasem ścinałyśmy z babcią te pokrzywy, by je poszatkować i dodać do jedzenia dla świń. Zrywałyśmy też listki krwawnika, które uwielbiały małe kaczuszki.

Przed wejściem do domu rósł olbrzymi jesion. Nazywałam go mężem lipy, tej stojącej na podwórku. Oba drzewa były wielkie, podobnie wysokie. Pewnego jesiennego dnia lipa owdowiała, bo dziadkowie postanowili ściąć jej męża. Zanadto śmiecił swoimi „noskami”. Pamiętam, jak przeżywałam, by ścinane drzewo nie przewróciło się na dom. Kilku mężczyzn linami ciągnęło pień w przeciwną stronę, aż upadł i wstrząsnęło całym domem. Po jesionie zostały rozłożyste korzenie i szeroki pniak, blizna po amputacji.

Zielono było, gdzie okiem sięgnąć, połacie łąki, blisko podchodzący pod dom las…i mnóstwo zwierząt: kury, kaczki, krowy, konie, baran Bartek i nieszczęsne mrówki oraz komary, których ukąszeń nie znosiłam. To był czas Arkadii, którą docenić może człowiek dość pełnoletni, jakim obecnie jestem.

Potem przyszedł czas Miasta. Już nie było wielkiej łąki i zwierząt, był domek z obszerną, jak na miejskie warunki, działką, którą moi rodzice postanowili przeznaczyć pod uprawę warzyw. Posadzili też jabłonki, śliwki, wiśnie, zostawili również trochę miejsca na trawę, gdzie wiosną rosły stokrotki i dmuchawce. A przed domem piwonia, która przypominałam mi babciny ogródek i swym kwitnieniem wyznaczała termin moich urodzin. Niedaleko domu były dzikie pola, które sięgały pod samą Wilczą Górę, która od czasu do czasu wstrząsana wybuchami jawiła się jako miejsce, które trzeba omijać z daleka. Nie wierzyłam, że to wygasły wulkan, bałam się, że kiedyś się obudzi i będzie jak w Pompejach, których katastrofę obejrzałam na filmie. Nie chciałam umrzeć przysypana pyłem wulkanicznym albo ugotować się w lawie. A potem Wilcza Góra przestała hałasować, po cichu coś ją zjadało od środka, ale to zauważyłam po wielu latach. Wtedy już mieszkałam w innym ogrodzie, na drugim końcu Miasta. W małym białym domku śród drzew sama zapuściłam korzenie. Na wyciągnięcie ręki mam świerki, brzozy, leszczyny, dęby i włoskie orzechy. I wiewiórki oraz mniej sympatyczną faunę. Był czas, że chciałam w ogrodzie zrobić sobie warzywniak, posadziłam nawet truskawki, ale przegrałam nierówną walkę ze ślimakami, które miały nade mną przewagę liczebną.

Mój ogród jest lekarstwem na zmęczenie. Jest siedliskiem motyli, chrabąszczy, świerszczy, za którymi uganiam się z obiektywem, by oczyścić swoją głowę z zupełnie niezielonych myśli. Uwielbiam zaszyć się wśród traw i wypatrywać pozornie niewidocznego życia w mikroświecie. No cóż, skoro nie mogę mieć wymarzonej stadniny koni, to radują mnie koniki polne. I tak jestem szczęśliwa. W swoich ogrodach – tych dawnych i tym dzisiejszym.

Bluszczem ku oknom

Kwiatem w samotność

Poszumem traw

Drzewem, co stoi –

Uspokojenie

Wśród tylu spraw

Pamiętajcie o ogrodach –

Przecież stamtąd przyszliście

W żar epoki użyczą wam chłodu

Tylko drzewa, tylko liście

Pamiętajcie o ogrodach –

Czy tak trudno być poetą?

W żar epoki nie użyczy wam chłodu

Żaden schron, żaden beton

Kroplą pamięci

Nicią pajęczą

Zapachem bzu

Wiesz już na pewno

Świeżością rzewną

To właśnie tu

I dokąd uciec

W za ciasnym bucie

Gdy twardy bruk?

Są gdzieś daleko

Przejrzyste rzeki

I mamy dwudziesty wiek

Pamiętajcie o ogrodach –

Czy tak trudno być poetą?

W żar epoki nie użyczy wam chłodu

Żaden schron, żaden beton

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.