Czekolada i prawa fizyki

„Wszystko, co lubię, jest albo nielegalne, albo niemoralne, albo tuczące” – napisał kiedyś amerykański dziennikarz Alexander Woollcott. Tak mi się to przypomniało dziś z okazji Międzynarodowego Dnia Gorącej Czekolady. Wybór ostatniego dnia stycznia na celebrowanie czekolady w pitnej formie jest jak najbardziej słuszny. W środku zimy, kiedy słońca jak na lekarstwo i u progu stoi depresja, każdemu wskazane jest wspomagać się czekoladą, która wyzwala serotoninę i daje choć na moment szczęście. Na moment, bo po rozkosznej chwili, kiedy słodko-gorzki smak wypieści kubki smakowe przyjdzie chwila napomnienia, silny kopniak od sumienia, że ta czekolada to przecież silny płyn na porost bioder i żeby ją spalić, potrzeba co najmniej godziny marszu.

A kiedyś, dawno, dawno temu, takie myśli w ogóle nie zaprzątałyby mi głowy. Był nawet taki czas, że robiłam wszystko, by dodatkowe kilogramy pozyskać. A one jak na złość lokowały się u moich koleżanek, a mnie dotknąć nie chciały. Jadłam wszystko, co tuczące. Chleb z glutenem polany wiejską śmietaną i posypany cukrem, frytki w samalczykowej kąpieli, żółtka ucierane z cukrem i kakao…I nic. Chuda byłam jak patyk. Rodzina i znajomi, oczywiście ci dorośli, ubolewali, że przełamię się na pół przy silnym podmuchu wiatru albo pająki wciągną mnie za obraz. Gdybym dziś tak się prezentowała jako dziecko, opieka społeczna odebrałaby mnie moim rodzicom z podejrzeniem morzenia głodem albo zostałabym skierowana na leczenie dla anorektyczek. Jako nastolatka, porównująca się z rówieśnicami, wstydziłam się swojej chudości i do głowy by mi nie przyszło cieszyć się, że podobne jak ja patyki za jakieś dwadzieścia lat będą podbijać wybiegi mody. Nie mogłam patrzeć na swoje nogi z prześwitem między udami. Wystające kości żeber, kolan i bioder. I wiotkie jak gałązki ręce.

Ciągłe podejrzenia o anemię sprawiały, że upuszczano mi krew do analizy i ze zdziwieniem przyjmowano, żem zdrowa wzorcowo.

I tak sobie żyłam, jedząc, co chcę, bez konsekwencji w postaci rozrostu tkanki tłuszczowej. Nie stroniłam od słodyczy, żółtego sera, którego smak zaakceptowałam dopiero w wieku 15 lat, nie przeszkadzały mi zupy na zasmażce i ziemniaki puree.

Jaka wtedy byłam szczęśliwa! Choć jeszcze o tym nie wiedziałam.

Aż przyszedł czas sprawiedliwości. To, co bezkarnie pochłaniałam w młodości, z dużym opóźnieniem ujawniło się w najmniej oczekiwanym momencie, ale w jak najbardziej widocznych miejscach.

I zrozumiałam wtedy, że 100 gramów czekolady nie przekłada się wcale na 100 gramów na mej wadze. Dziwne prawo fizyki, nazwijmy go pierwszym, sprawiło, że tabliczka Milki powiększała moją masę o pół kilograma, a zjedzone dwie kromki chleba na kolację wręcz o kilogram. Drugie prawo fizyki, które odkryłam, mówi, że tempo przybierania na wadze jest odwrotnie proporcjonalne do ubytku wagi przy zwiększonym reżimie dietetycznym.

Trzecie prawo fizyki mówi, że nie pomaga wymiana baterii w wadze, by wskazywała optymalny wynik. Można co prawda wyciągnąć baterie w ogóle, ale ciasne spodnie i tak powiedzą prawdę.

Dlatego, choć dziś Dzień Gorącej Czekolady, to ja będę celebrować równie ważne tego dnia Święto Przytulania. To też wyzwala serotoninę 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.