Wiara góry przenosi

Pewnie nie tylko mnie zdarza się obudzić po grudniowych świętach z poczuciem, że jest mnie więcej, że ucztowanie przy stole zostawia po sobie ślad i ten ślad wcale nie czyni mnie ani szczęśliwszą, ani piękniejszą, a na pewno też nie smuklejszą.

To się powtarza cyklicznie, dwa razy do roku po każdych świętach. A nasila wraz z wiekiem, o czym już kiedyś wspominałam.

Dlatego w tym roku postanowiłam działać, kiedy waga w łazience powiedziała: przesadziłaś!

Pobrałam na telefon aplikację, która obiecywała, że w 30 dni pozbędę się poświątecznego nadmiaru. Oczywiście samo pobranie jeszcze tego mi nie gwarantowało, trzeba było potraktować aplikację jako osobistego trenera. No i zaczęłam. Pierwszy dzień – całkiem znośnie, drugi – podobnie. Nawet miałam wrażenie, że te ćwiczenia są zbyt łatwe i krótkie, abym mogła podczas ich trwania cokolwiek zgubić, poza czasem. Potem zrobiło się trudniej. Liczba powtórzeń zaczęła wyczerpywać. Bałam się, czy dam radę, tym bardziej, że rodzina dość sceptycznie patrzyła na moje wysiłki. Ale – może tego nie widać – jestem dość zawzięta i konsekwentna (brakuje mi tego w stosunku do ludzi), więc trwałam w postanowieniu.

Kiedyś podzieliłam się ze znajomą swoimi przygodami z aplikacją a ona na to;

– I co robi ten telefon?

– Mówi mi, co mam robić, kiedy i ile powtórzeń

– A oni cię obserwują przez ten telefon, jak ćwiczysz?

– Nie, nie ma takiej opcji.

– I robisz to tak, jak ci każą?

– Tak

– E, to ja bym oszukiwała…

Ja nie oszukiwałam, trzymałam się zaleceń, choć czasami miałam wrażenie, że padam na nos, szczególnie kilka razy mi się to zdarzyło przy tzw. desce. Ale po tygodniach miałam satysfakcję, że umiem w tej pozycji wytrwać grubo ponad minutę. Może to dla kogoś żaden wyczyn, ale dla mnie widoczny sygnał, że robię postępy.

Wczoraj skończyłam te 30 dni programu. Przyjęłam to z nieukrywaną ulgą i satysfakcją. Brakowało mi jeszcze dowodu na skuteczność tych ćwiczeń, poza informacją, że spaliłam łącznie 7466 kCal. Poszłam do wyroczni w łazience, co by mi powiedziała, jaka jestem teraz smukła i fit i w ogóle jak jest ze mnie dumna, a waga…a waga powiedziała, że brakuje jej baterii. Co za rozczarowanie! Chociaż może nie tak wielkie, jak gdyby okazało się, że ważę nadal tyle co miesiąc temu, albo, o zgrozo, deczko więcej.

Dziś rano pojechałam do sklepu, by między innymi nabyć zasilanie do wagi, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam. Stwierdziłam, że jeszcze trochę będę żyć w tej nieświadomości, niech działa efekt placebo. Ostatnio słyszałam o dziewczynie, która wierzy, że wyleczyła raka wodą. Czym jest moja wiara w sukces zastosowania telefonicznego trenera wobec jej wiary?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.