Tam i nazad

047

Dawno nic tu nie wpisywałam z obiektywnego powodu braku dostepu do ineternetu, wszystko jednak skrupulatnie notowałam, co ponieżej prezentuję.

Sobota rano

 

Po dziesięciu godzinach podróży przez Berlin, Hamburg i Bremę dotarliśmy szczęśliwie na miejsce. Niewyspani, z pogiętymi kręgosłupami i worami pod oczami wysiedliśmy w objęcia (prawie) naszych zachodnich (na pewno) przyjaciół (prawie).Młodzież z niewyraźną miną patrzyła na swoich gospodarzy, widziałam z jakim niepokojem oczekują momentu odjazdu do swoich nowych, na ten tydzień, domów. Nami zaopiekował się Iwo. Z jego pomocą dotarłyśmy do hotelu – całkiem, całkiem…a potem na śniadanie. Rodzina Iwa jest niemiecko –turecka. Turczynką jest żona, również nauczycielka. Dzieci mają jak z obrazka. Muszę dopytać, jak się takie robi: grzeczne, ułożone, pomocne, towarzyskie etc. Śniadanie smaczne, ale dłużyło się niemiłosiernie. Czułam się jak na tureckim (nomen omen) kazaniu. Wszyscy mówili oczywiście po niemiecku. A na dodatek oczekiwali u mnie zrozumienia. Pomyślałam, że następnym razem musze robić głupszą minę, wtedy nie będą mieli złudzeń :). Dwie boskie kawy nie pomogły, oczy, głowa i kręgosłup domagały się snu. Na szczęście oni też o tym wiedzieli i Iwo odwiózł nas do hotelu, przy czym zapowiedział, że za trzy, a lepiej dwie godziny wróci, by zabrać nas na obiad.

 

Sobota wieczór

 

Boże, oni tu wszyscy tylko jedzą, a ja nie mogę pozwolić sobie na taką rozpustę. Obiad w chińskiej knajpie syty był jak cholera. I kiedy myślałam, że już zjadłam, zaproponowano nam owoce. Przecież nie odmówię :). Dzięki Bogu po obiedzie był spacer na rynek, gdzie według ichniejszej prasy powinni za moment jechać cykliści na starych rowerach. Jechali. Rowery były stare –a jakże, a cykliści jeszcze starsi.

Potem padła propozycja – jedziemy nad morze. Jeszcze Morza Północnego nie widziałam, a tu zapowiadało się, że będę je mieć na wyciągnięcie ręki. Podjechaliśmy wzdłuż kanału portowego pod wały ochronne. Brakowało mi szumu fal. Z nadzieją weszłam na mały pagórek, choć oni śmieją się, że to ich najwyższe wzniesienie, i spojrzałam w dal. A tam…woda taka nijaka a na horyzoncie wały błota. Tak wygląda ich zatoka, którą oddaje morze lądowi. Ludzie wchodzą w to błoto i idą w nim w stronę wody – zdesperowani jak diabli 🙂 amatorzy morskich kąpieli.

Kolacje jedliśmy w domu Iwo i Sule – jego tureckiej żony. Trochę zmarzłam siedząc na werandzie i choć Sule dała mi koc, to mam wrażenie, ze gościnę przypłacę zdrowiem. Gospodarze postarali się i na naszą cześć urządzili super sytą wieczerzę. Z wyrzutami sumienia jadłam te specjały, bo wiem, że tygodnie wyrzeczeń pójdą na marne i wrócą mi boczki. Niemniej jednak zmieniłam zdanie o niemieckiej gościnności. Oczywiście na lepsze :). Jutro zapowiada się kolacja u Godeharda. Baranina w roli głównej.

 

Niedziela

 

I znów jemy. Śniadanie w hotelowej restauracji – palce lizać. Chrupiące bułeczki, rozmaite wędliny, ser, jajko na miękko, jogurt, truskawki i kawa .Pochłaniam wszystko z prędkością ponaddźwiękową, bo łakomstwo mną rządzi. Przecież wiem, czym to grozi.

Nareszcie jestem wyspana. Łóżko wygodne sprzyja snowi. Nawet nie wiem, kiedy wczoraj zasnęłam. Zwykle w nowym miejscu mam problemy ze spaniem, a tu na szczęście mi przeszło. Wypoczęte i najedzone jedziemy z Iwem do skansenu. Oczywiście nie pamiętam niemieckiej nazwy miejscowości oddalonej jakieś 60 kilometrów od Varel. Wczoraj podczas kolacji ustaliliśmy, że trzeba zobaczyć to muzeum, tym bardziej że dziś jest tam wystawa i degustacja slow food (znowu żarcie).

Skansen prima sort. Tylko żałuję, że tak daleko od Polski, bo mam ochotę pokazać go rodzinie. Ale zawiozę go do domu na zdjęciach, które robię bez umiaru. Iwo zagląda w wyświetlacz i mówi: profesiolalist czy jakoś tak. Komplemenciarz :). Najadłyśmy się do syta chodząc od straganu do straganu. Wszędzie zapraszają do degustacji: serów, marmolady, miodu, smarowideł wszelkiej maści, chleba, wędlin. Próbujemy wszystkiego, bo musimy wypełnić ankietę konkursową i wytypować trzy najlepsze potrawy. A nuż coś wygramy. Zdumienie moje budzi olej, który, zachęceni przez sprzedawcę, kosztujemy. Specjał robiony jest na naszych oczach, a tłoczy się go z maku. Ciekawe, co na to przeciwnicy narkotyków :).

Kiedy robię zdjęcie rasowym owcom, kopie mnie prąd. Ale jestem durna, wlazłam na elektrycznego pastucha. Najpierw olej z maku na uspokojenie, teraz elektrowstrząsy. Obym wróciła normalna do domu. Iwo i Godehard, który dojechał do nas, wciąż nas częstują prowiantem lub pytają, czy chcemy kawę i ciasto. Ludzie, czy my wyglądamy na chodzące przewody pokarmowe? W końcu dajemy się przekonać, że kawa to dobry pomysł, a do kawy ciasto – jeszcze lepszy. W kawiarence jem szarlotkę z bitą śmietaną i polewą waniliową. Szybko przeliczam, ile to kalorii. O Boże!

Wieczorem jedziemy z Iwem i Sule do Godeharda. Baraninę czuję już pod jego domem, to znak, że jednak trafiliśmy. U gospodarza niespodzianka – wita nas również Polka, również nauczycielka, choć obecnie w stanie spoczynku, Dolnoślązaczka, która pracuje w tutejszym pensjonacie. Jak to dobrze, że z nią mogę rozmawiać po polsku.

Baranina taka sobie, ale sałatka z roszponki i sera ma charakter. Znowu jem. Może jutro będzie lepiej.

 

Poniedziałek

88 

Nie jest lepiej. Dzień zaczynamy od chrupiących bułeczek i innych specjałów hotelowej kuchni. Z desperacja odmawiamy jajek na miękko. Co za dużo to niezdrowo.

Czeka nas dziś wyczerpujący dzień w Bremerhaven. Jedziemy z całą grupą 40 minut do portu. Dołączył do nas kurtuazyjnie były dyrektor szkoły w Varel, więc kolejnej osobie muszę tłumaczyć, że rozumiem po niemiecku cosi cosi, ale nie mówię. Oczywiście jemu, jaki i pozostałym Niemcom, to nie przeszkadza, więc zadaje mi rozmaite pytania, a na pożegnanie wyrazi (w jego rozumieniu w znanym mi języku angielskim) nadzieję na ponowne spotkanie. I po raz kolejny solennie sobie obiecuję: wezmę się znowu za niemiecki. To wstyd, by wykształcona osoba nie chciała przełamać wstydu wyrażania się w obcym języku. Choć wieczorem okaże się, że potrafię na tyle dobitnie mówić po niemiecku do…niemieckiego psa, że ten na moje polecenie wykonuje poprawnie „siad”. Robię postępy.

W Bremerhaven idziemy do Domu Emigranta. Już wiem, że mogę spodziewać się po tej wizycie samych najlepszych wrażeń. I rzeczywiście. Na początku dostajemy kartę pokładową autentycznie żyjącej niegdyś osoby, która opuściła Europę via Bremerhaven. Z tą kartą i plastikowym bilecikiem wchodzimy do atrapy portu, z którego wypływali emigranci z różnych części Starego Kontynentu, również i Polacy, czego dowody spotykamy na każdym kroku. Szum wody, manekiny udające podróżnych, skrzynki i tobołki tworzą niepowtarzalny nastrój. Idziemy dalej do kajut. Przechodzimy przez pomieszczenia trzeciej klasy, w których na wąskich pryczach leżą pokotem inne manekiny. Z głośników dobiega chrapanie i pokasływanie. Oczyma wyobraźni widzę ten bród i ubóstwo, a nos sugestywnie odbiera smród zaludnionych kajut. Jaka desperacja kierowała tymi ludźmi, skoro w upokarzających warunkach, w całkowitej ciemnicy, bez bieżącej wody i toalety płynęli kilkanaście tygodni. Na dodatek nie mając nadziei, że nikt ich w Ameryce nie odeśle do domu.

Dalej jest coraz bardziej ekskluzywnie, dochodzimy do kajut pierwszej klasy. To mi się podoba. Tak mogłabym płynąć nawet kilka miesięcy. Monitory wmontowane w ściany kajut wyświetlają obrazy z życia wyższych sfer. Wrażenie robi film retro, na którym widać pokładowe zajęcia w klubie fitness. Inne monitory imitują okna, przez które widać kołyszące się fale. Podziwiam pomysłodawców i wykonawców tego interaktywnego muzeum, które nie ma prawa znudzić wycieczek.

Dalej idziemy do pokładowego kina, gdzie film dokumentalny wyjaśnia zwiedzającym powody i skutki emigracji Niemców do Argentyny w XX wieku. Przygnębiające wrażenie robią na mnie wyznania ludzi w różnym wieku, którzy zostali oderwani od korzeni i zatracili tożsamość. Mam wrażenie, że nigdzie nie są i nie będą u siebie. I nie dotyczy to tylko Niemców. Niestety.

Ostatnie pomieszczenie to sala komputerowa, gdzie na monitorach można wyświetlić historię osób, których karty pokładowe trzymamy w ręku. Można również odnaleźć własną rodzinę bądź inne osoby, które wyemigrowały w różne strony świata. Z rodzinnych opowieści wiem, że brat mojego dziadka przed wojną opuścił Europę i wypłynął do Ameryki, chyba na Florydę. Wklepuję zatem nazwisko Tokarz. Wyświetla mi się masa danych. Kilka osób z Florydy. Nie mam pojęcia, która z nich jest właściwą, na wszelki wypadek robię zdjęcia, które pokażę rodzinie.

Wychodzę z muzeum z jak najlepszymi wrażeniami. Teraz kolejny punkt programu – Mediterraneum. Otwieram twarz ze zdumienia. Nie spodziewałam się, że galerii handlowej można nadać tak wyjątkową formę śródziemnomorskiej miejscowości. Klienci maja wrażenie, że wędrują uliczkami miasta, nad ich głowami balkony, werandy, okna domów. Przeszklona kopuła wpuszcza dzienne światło a słońce operuje jak na południu Europy. Nie wypada inaczej, jak zamówić w kawiarence cappuccino.

To nie koniec wrażeń na dziś. Jeszcze czeka nas podziwianie panoramy miasta, portu i morza z platformy widokowej, która mieści się na wysokości 140 metrów. Potem wizyta w zoo. Zwierząt niewiele, ale morświny robią za wszystkie. Pozują wyjątkowo cierpliwie i wiedzą, jak przypodobać się zwiedzającym.

Wracamy wieczorem zmęczeni, z potarganymi od wiatru włosami. Marzy mi się łóżko, choć wiem, ze jeszcze Sule czeka na nas z kolacją. Kolacja – to za mało powiedziane. Jasmin prezentuje mam własnoręcznie wykonane menu z potrawami na wieczór. Już sama lektura jadłospisu przyprawia mnie o zawrót głowy i wyrzuty sumienia. Znowu kalorie, tym razem w wersji tureckiej. Po powrocie do hotelu czuję niepokojący ucisk paska od spodni.

Dzwonię jeszcze do domu. Junior Młodszy dostał jedynkę z niemieckiego. (O ironio losu!) A Starszy wybrał informatykę jako przedmiot dodatkowy na maturze. Chyba trzeba wracać do domu, by zrobić porządek z dziećmi.

 

Wtorek

Dziś czas spędzamy na miejscu. Przynajmniej do późnego popołudnia. W planach wizyta w szkole, skąd pochodzi niemiecka część naszego projektu. Idziemy na lekcję muzyki w klasie piątej, czyli na nasze – czwartej. Od piątej klasy zaczyna się w Niemczech gimnazjum. Zajęcia z dzieciakami prowadzi Iwo. Już wiem, że jest prawdziwym artystą, nagrał kilka płyt z muzyką klasyczną i śpiewa tenorem. Iwo uprzedza nas, że zobaczymy rozgadane, głośne dzieciaki. Faktycznie przed klasą czaka na nas hałaśliwa gromada, która lekko zaciekawiona przygląda się dwóm dorosłym Polkom. Lekcja zaczyna się od powitania gości. Robi się sympatycznie, choć niewiele ciszej niż przed lekcją. Jednak zaraz Iwo opanowuje żywioł i mamy okazję zobaczyć, czym różni się niemiecka lekcja muzyki od polskich zajęć z tego przedmiotu. Znowu mam wrażenie, że wszelkie opowieści o niższym poziomie nauczania na Zachodzie są historią wymyśloną przez niedowartościowanych Polaków. Dzieciaki uczą się tu na muzyce więcej niż w polskiej szkole. Kształcą płynne czytanie, przyswajają elementy innych kultur, ćwiczą języki obce i oczywiście śpiewają. Opanowują też teorię gry na instrumentach, czytając z nut i klawiatury.

Na koniec mamy kolejny miły akcent – Iwo prosi nas o przetłumaczenie na polski słów śpiewanego przez dzieci kanonu. Słowa są na tyle proste, że nie mam z tym problemu. Efekt naszego przekładu maluchy śpiewają po polsku. Żywioł, który już czuje zbliżającą się przerwę, przybiera zaraz na sile. Po zakończeniu lekcji podchodzi do nas jeden z chłopców i mówi, że ma dziś urodziny, w związku z czym, chce poczęstować nas babeczkami. Miłe to z jego strony. Mam wrażenie, że niemieckie dzieciaki nie mają kompleksów, zahamowań, są dość spontaniczne. Może dlatego, że nie są poddawane wartościowaniu, krytyce podczas zajęć. A może się mylę?

Teraz prowadzenie zajęć przypada mi w udziale, na szczęście po polsku i dla Polaków. Mam nauczyć naszych licealistów, jak napisać wywiad i reportaż. Łapią dość szybko, bo zagadnienie skomplikowanym na pozór się nie wydaje :). Zobaczymy, jaki będzie praktyczny efekt tych zajęć. Przydzielam im tematy do opracowania i nadzoruję przygotowanie do wywiadu, jaki mają zamiar przeprowadzić wieczorem z polską rodziną mieszkającą w pobliżu Varel. Mam wrażenie, że będzie dobrze. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie problemy z niemiecką partnerka Mileny. Dziewczyna zamiast opiekować się Polką, obściskuje się ze swoim facetem lub prowadza go na smyczy (!) – totalna perwersja. Chyba trzeba interweniować.

Wieczorem jedziemy na grilla do Polaków. Jak to miło, że dziś wieczór będę mogła normalnie porozmawiać :). Państwo Strąk to niezwykle otwarci i spontaniczni ludzie, którzy nie zatracili w Niemczech nic z polskiej gościnności. Jest sympatycznie, prawie rodzinnie, choć diabelnie zimno. Nic dziwnego, że telepię się z chłodu – w końcu dziś zaczęła się jesień, co z przerażeniem sobie uświadamiam.

Załatwiłyśmy dla Mileny innych opiekunów – polska rodzinę. Iwo nam w tym bardzo pomógł. Teraz już musi być dobrze.

Wieczorem dzwonię do domu. Kiedy słyszę w słuchawce głos Juniora Młodszego, rozczulam się. Wiem, że zaraz po powrocie pewnie znowu zaczniemy się kłócić, ale chyba już chciałbym być w domu.

I znowu sobota

 25

Nie znaczy to, że poprzednich dni nie było, a jakże, były tak intensywne, że po powrocie do hotelu padałam na płask. Włączenie komputera wydawało mi się czynnością nad wyraz pracochłonną

W środę wyjechaliśmy do Oldenburga. Młodzi szukali tam materiałów do projektu w bibliotece uniwersyteckiej. Zaskoczona byłam mile faktem, jak wiele pozycji w tym księgozbiorze jest po polsku. To trochę ułatwiało pracę młodzieży.

Obiad w stołówce uniwersytetu postawił nas trochę na nogi, i to dobrze, bo w zanadrzu była wizyta w muzeum historii naturalnej. Po salach snuliśmy sie jak snuje. Nie dlatego, że było nudno, ale wielu czuło zmęczenie i spadające ciśnienie.

Wieczorem jeszcze kolacja u Hansa Hermana. Jak zwykle jest miło i syto. Miał być grill, ale z powodu zimna przenosimy imprezę do domu. Niezła chałupka jak na nauczycielska kieszeń. Godehard znów przechodzi sam siebie, jeśli chodzi o łapczywość w jedzeniu. Jesteśmy tak zmęczone, że nie ukrywamy ziewania. Na szczęście Iwo to rozumie jako sygnał do odjazdu. I dobrze.

W czwartek mamy do dyspozycji salę komputerową i piszemy do 13. teksty. Teraz muszę trzymać rękę na pulsie, aby artykuły nie tylko były solidne ale też realizowały temat projektu. Praca „powoli, jak wół ociężale” rusza, za chwilę jednak jest powód do optymizmu. Młodzież ma zapał i pomysły.

Po południu płyniemy statkiem z Dangast do Wlhelmshaven i nazad, jest miło, leniwie, aczkolwiek momentami wietrznie. Widoki w sam raz na foto. Atmosferę zakłóca jedynie niesmaczny żart kapitana na temat Polaków i ich zamiłowania do kradzieży. Dupek!

Wieczorem przyjeżdża po nas Deisy i zabiera do rodziców na polska kolację.  Fajnie tak bez skrępowania rozmawiać przy stole o wszystkim i niczym, a przede wszystkim rozumieć, znaczenia słów :).

Piątek zaczynam od pakowania. Po śniadaniu opuszczam pokój i przenoszę klamoty do Oli. Do momentu odjazdu jeszcze kilka godzin, które spędzamy w sali komputerowej nad tekstami. Finiszujemy pracę dziennikarską. Potem jeszcze oficjalne pożegnanie i obiad, na który dwaj panowie zapraszają nas do chińskiej knajpki, tej samej, co w sobotę. Tym razem próbuje jeść pałeczkami. Porażka! O siedemnastej jesteśmy z bagażami (jeszcze większymi niż przed tygodniem) w miejscu odjazdu. Już chciałabym być w domu.

W sobotę około 4 rano wysiadamy w Złotoryi. Jechaliśmy od Hamburga z niemiecka grupa młodzieży. Gdy wjechaliśmy do polski nie dało się nie słyszeć ich kpin z naszej autostrady, ale kiedy wjechali do Złotoryi z zainteresowaniem przyglądali się miastu. Próbowałam patrzeć na to, co za oknem, ich oczami. Przyznam, że nie ma miałam powodu do wstydu.

 

A teraz, po czterech godzinach snu, zabieram sie do odgruzowywania mieszkania 🙂 Pora wrócić do normalności.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *