Nie uciekam na Fidżi

Jest taki film „Truman Show”. Bohater, żyjący w sztucznie dla niego stworzonym świecie, uświadamia sobie w pewnym momencie, że jest igraszką w rękach Wielkiego Reżysera i każdy dzień został zaaranżowany na potrzeby spektaklu, a jednocześnie – powtarzalny. Wie, kiedy pojawi się na ulicy przechodzień, przejedzie obok niego rowerzysta, auto…I postanawia to zmienić. Uciec na Fidżi.

Ostatnio czuję się podobnie. Szczególnie rano. Wstaję przed dzwonkiem budzika, walczę z Mężem o prymat w łazience (jak zawsze z tym samym skutkiem – on wygrywa), jem śniadanie, wychodzę z domu, przypominam sobie, że zapomniałam telefonu/śniadania/torby ze sprawdzianami/wyłączyć żelazko/światło (wymiennie), ostatecznie wsiadam do auta i próbuję włączyć się do ruchu. Stoję tak z migającym kierunkowskazem, mija czas, samochody z prawej, z lewej, aż nagle z prawej pustka, odwracam głowę, z lewej sznur aut, stoję, czekam. Myślę sobie: Dziś znowu nie wybudowali obwodnicy. Ćwiczę cierpliwość tak przydatną za kilkanaście minut, gdy już dotrę do pracy. Po chwili udaje mi się, wykorzystując moment pustki na drodze, wyjechać z bramy. W tym czasie, jak co dnia, odjeżdża z przystanku naprzeciwko granatowy autobus szkolny. Wiem, że za kilkaset metrów wyminę go, gdy zatrzyma się, by zabrać kolejną grupkę dzieciaków.

Jadę, z drugiej strony nadjeżdża kursowy do Wrocławia, jak zwykle dziesięć minut spóźniony (mogliby wreszcie zmienić rozkład)

Po drodze mijam co dzień tych samych robotników czekających na transport w tylko im wiadomym kierunku. Dalej ten sam cyrk na skrzyżowaniu, gdzie nikt nie wie, kto ma pierwszeństwo, więc wykorzystując dezorientację kierowców, ruszam pierwsza. Jak zwykle liczę na to, że dziś też się uda, a kolor sztucznych włosów wiele usprawiedliwi.

Szczęśliwie docieram do pracy. Na parkingu o tej porze pusto, znowu jestem pierwsza. W pokoju nauczycielskim sama, jeszcze przez około 10 minut napawam się ciszą, którą burzy tylko turkotanie i bulgotanie ekspresu do kawy.

Siadam z filiżanką gorzkiego płynu, którego kofeina rozjaśnia mi myśli i mam tę chwilę, kiedy mogę bezstresowo przejść ze stanu prywatnego w służbowy, odbywam swoistą dekompresję.

Po mniej więcej dziesięciu minutach pokój się zapełnia. Zaczyna się tradycyjne ubolewanie nad życiem….a czasem (w zależności od składu) licytacja, kto ma gorzej lub kto jest „chorszy”.

Dzień jak co dzień.

Niby nuda i rutyna. Przewidywalność do imentu. A jednak lubię to, bo stwarza pozory bezpieczeństwa, stabilizacji, chociaż…

Chociaż może być tak, że kiedy próbuję wyjechać z podwórka i czekam aż ustanie rzeka aut z każdej strony, nagle, zupełnie bez logiki i zasad zatrzyma się jakiś litościwy kierowca z lewej, potem drugi z prawej i z uśmiechem wpuszczą mnie w ten strumień pojazdów.

I wtedy od razu świat wydaje się lepszy, a kawa w pokoju, choć niesłodzona, nabiera smaku mlecznej czekolady. I humoru nie zepsuje żadna kwaśna mina mijana po drodze 😊.

Bo czasem trzeba coś zmienić, tak ciut-ciut….Nie trzeba uciekać na Fidżi 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.