Z wykrzyknikiem!

Pierwszy dzień drugiego w moim zawodowym życiu strajku szkolnego. Pierwszy i obawiam się, że nie ostatni.
Na razie mamy dużo złości i determinacji. Nie wiadomo, na ile nam starczy (obawa przed brakiem wypłaty może złamać nawet najbardziej zadziornych). Nie wiadomo, jak długo solidarnie będą nas wspierać nasi uczniowie. Może w końcu się znudzą nudą 🙂


Jechałam dziś do pracy (nie wiem, czy to właściwe określenie?) przy wtórze pełnych nagany i goryczy głosów sączących się z radia. Te głosy należały do zatroskanych o los swoich pociech rodziców, którzy dzwonili do redakcji. Myślę, że opinie te miały mnie zniechęcić do protestu.
Rozumiem niepokój rodziców. Sama też jestem matką i los moich synów nie był ani nie jest mi obojętny. Zastanawiam się tylko, gdzie są te rzesze zatroskanych rodziców, gdy wychowawca organizuje zebranie? Gdzie są wspierający rodzice, gdy nauczyciel prosi o współpracę przy organizacji półmetka lub studniówki a nawet wycieczki klasowej?
Niektórzy krytykujący strajk nauczycieli rodzice zorientowali się, że mają dzieci, kiedy nie widzą, co z nimi zrobić, gdy szkoła nie zapewni pociechom przynajmniej kilkugodzinnego przechowania (bo że nie naucza, to słyszymy nagminnie. Jak takie nieuki mogą cokolwiek przekazać małolatom?).
A małolaty? A małolaty cieszą się, że mają nadprogramowe wolne, bo już nogami przebierały w ubiegłym tygodniu, kiedy podamy im wreszcie informację o strajku. I dobrze ich rozumiem. Dzieckiem też kiedyś byłam.
Teraz jestem od ćwierćwiecza nauczycielem i nie jest mi do śmiechu.
Nie chodzi nawet o mało już zabawne wpływy na konto bankowe co miesiąc. Przecież decydując się na ten zawód, wiedziałam, że z pensji nie odłożę na budowę hacjendy czy zakup luksusowego auta.
Chodzi mi jedynie o to, żeby ktoś, kto decyduje o edukacji w tym kraju (niezależnie od opcji politycznej) liczył się z głosem płynącym z dołu, od zwykłych, ale praktykujących nauczycieli. Żeby nie robił z nas idiotów, zmieniając co chwilę rozporządzenia lub pisząc na kolanie podstawy programowe. Żeby nie wysyłał mnie na szkolenia i kursy, które z racji wiedzy i doświadczenia sama mogłabym prowadzić. Żeby nie proponował mi doszkalania na studiach podyplomowych (za równowartość mojej pensji/semestr), a potem likwidował przedmiot, którego kwalifikacje do nauczania zdobywałam na tych studiach. Żeby wreszcie rękoma i językami swej propagandy nie skłócał mnie z przedstawicielami innych zawodów. Tylko tyle i aż tyle.
A do państwa mam też małą prośbę. Proszę nie wyzywać nas od nierobów i jednocześnie wysyłać do pracy do Biedronki. Bo w takim zestawieniu myślowym obraża to pracowników dyskontów.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.