Bo to było tak…


Dla zdrowotności przemierzam drogę do pracy i nazad piechotą. Jak tylko aura pozwala, a ta zrobiła się ostatnio troszku kapryśna i nigdy nie wiadomo, o której godzinie coś spadnie z nieba. Dlatego na wszelki wypadek, choć niebo niebieskie, a słońce dogrzewa, paraduję z parasolką jak z pałeczką sztafetową. Dziś miałam nawet pokusę, by jej użyć i to bynajmniej nie w zgodzie z przeznaczeniem, ale jako broni lub narzędzia zemsty.

Bo to było tak. Idę sobie zamaszyście ulicą na literę W. a konkretnie wąskim odcinkiem chodnika, a tu z naprzeciwka sunie na mnie testosteron w czystej(?) postaci. Sunie, dyszy (pod górkę), dmucha papierosem i kiedy jest już jakieś dwa metry przede mną, rozumiem dobitnie, że to ja muszę być tą jednostką bardziej zwrotną i ustępliwą, czyli wycofać się, schodząc na ulicę. 
Schodzę i tym samym unikamy zderzenia. Czyżby deja vu? Przypominam sobie, że wczoraj na podobnym odcinku tejże ulicy na literę W. miałam podobną sytuację. I też ustąpiłam facetowi miejsca. Zaczynam się gotować w duchu, jestem zła na siebie, że brakuje mi siły, przebojowości, uporu… Powinnam zostać na swoim torze i konsekwentnie brnąć do przodu, zmusić człowieka do uniku, dać mu szansę na dżentelmeński odruch… Jednak bujna wyobraźnia podsuwa mi zaraz obraz rodziny, która scyzorykiem zeskrobuje z chodnika moje szczątki, by je jakoś w miarę godnie pochować – bo taki niewątpliwie byłby finał mojego zdarzenia z tym taranem. Czy warto tak prozaicznie i nadaremno kończyć życie? Ale z drugiej strony skończyłyby się też moje problemy. Jak na przykład ten z odbiorem paczki. 
Bo to było tak. Wczoraj syn pisze do mnie mniej więcej tak: mamo odbierz mi przesyłkę ze sklepu na Z, którą kurier z firmy na D. tam zostawił, bo nikt w domu nie odebrał.
I tu wypada zrobić dygresję i zacytować dowcip o kurierach:
„Pamiętacie, jaki kiedyś dzieci dzwoniły ludziom domofonami i uciekały? One wszystkie chyba teraz w D..pracują.” Koniec dowcipu.
Zatem spełniając prośbę syna, idę sobie wczoraj do sklepu na Z i pytam o przesyłkę. Jestem dobrze przygotowana do dialogu, mam numer paczki, PIN, znam nazwisko syna. Niestety, to nie pomaga, bo paczki nie ma. „Może będzie później” – pociesza mnie ekspedientka. Wracam za 3 godziny. Sytuacja się powtarza. „Na takie nazwisko paczki nie ma. Jest na inne na P. ale to nie to” – informuje mnie kolejna już sprzedawczyni.
Relacjonuję sytuację synowi, a on elokwentnie pyta: „Jak to?” Ja odpowiadam: „Nie wiem, ale spróbuję jutro znowu, może będzie inna ekspedientka.”
Jutro, czyli dziś idę znowu do sklepu na Z 
Procedura powtarza się z tym samym skutkiem. Akurat wtedy, kiedy kobieta szuka paczki, złośliwie ustawia się kolejka niecierpliwych klientów, którzy mają mord w oczach. Ekspedientka prosi, bym przyszłą za dwie godziny, kiedy będzie jej zmienniczka, bo ona jest akurat od spraw beznadziejnych. Wychodzę ze sklepu żegnana westchnieniem ulgi kobiety za ladą i klientów przed nią. Idę do domu. Bez przesyłki. Deszcz pada. Wreszcie parasol nie robi tylko za atrapę. Szkoda, że nie widzą mnie teraz ci, którzy rano patrzyli na mnie jak na wariatkę, gdy dzierżyłam w ręku ten deszczochron, choć nade mną był tylko błękit nieba.
Po drodze postanawiam zdać relację synowi z kolejnej nieudanej próby odbicia paczki z rąk personelu sklepu na Z.
Mówię mu, że na jego nazwisko paczki nadal nie ma. I wtedy słyszę: „Mamo, to jest paczka na firmę!”
O matko, to chodzenie jest takie wkurzające, Jutro jadę autem 😛

fot. Internet

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.