Dzień po Dniu Dziecka

Dzień Dziecka powinien być skojarzony z Dniem Matki. Nie byłoby dziecka bez matki, bez ojca też oczywiście, ale jego wkład w powstanie jest jakby powiedzieć…incydentalny. Oczywiście partycypuje taki ojciec w wychowywaniu, jednak matka to matka. Matka podczas ciąży tyje, puchnie, potem rodzi i krzyczy, potem już tylko krzyczy. I tak to trwa do końca. Najczęściej matki. Matka też kocha. Kocha czasem głupio i bezkrytycznie. Kocha bezwarunkowo. Nie za to, jakie jest dziecko, ale że w ogóle jest. Nie od razu ta miłość jest wielka.

Czasem do miłości trzeba kilka dni dorastać. Szczególnie kiedy rodzi się w wieku, w jakim ja powiłam swą pierworodną latorośl. Nie byłam do tego przygotowana psychicznie. Całą swą uwagę skoncentrowałam na sobie i swoim bólu. Po kilku latach zrozumiałam za sprawą mediów, że była to klasyczna przypadłość zwana baby blues. Na szczęście dość szybko pojęłam, że mały Kacper jest bardziej bezbronny niż ja i to jemu zdecydowanie uwaga matki jest potrzebna. Mimo to długo trwało zanim wzięłam maluszka na ręce, by go wykąpać. Tu nieoszacowana była pomoc mojej mamy. Pamiętam pierwsze samodzielne przewijanie syna. Trwało to tak długo, że młody z zimna dostał czkawki.
Pierworodny zwykle jest takim eksperymentem wychowawczym, a jego dzieciństwo poligonem doświadczalnym matki. I tu trzeba szczerze powiedzieć, że Kacper nie miał łatwego dzieciństwa. Studenckie dziecko, które powinno było zrozumieć, że matka ma do przeczytania stos lektur i najlepsze byłoby, gdyby w tym czasie nie absorbowało swoją osobą – nie rozumiało tej roli. Nie pomagały prośby, groźby i przekupstwa. Kacper spać nie chciał. I do tej pory zarywa noce jako klasyczna sowa.
Jak cieszyły mnie chwile ciszy, gdy moje dziecko potrafiło bawić się samo na szerokim parapecie parterowego okna kamienicy przy placu Kolegiackim. Siedział jak na wystawie i układał klocki albo lustrował ulicę, ze wzajemnością.
Pamiętam jeden przypadek ciszy. Kacper bawi się, ja czytam w drugim pokoju. Ten spokój jeszcze wtedy nie budził podejrzeń, dopiero uczyłam się, że jak dziecko jest cicho, to znaczy, że trzeba reagować. Po jakimś czasie oderwałam się od jakiejś pasjonującej pozytywistycznej powieści, by sprawdzić, co robi syn i wtedy zaniemówiłam. Biały Kacper siedział na białym dywanie, w białych rajtuzach, białej bluzeczce obok białego krzesła i powoli bielejącego telewizora. Ta biel nie była przypadkowa, ta biel pochodziła z trudno rozprowadzającego się i niełatwo wchłaniającego kremu Penaten. Nie muszę chyba opisywać, ile trwało ściąganie tej bieli z dziecka i okolicy.
Kacper był (i jest) kochanym dzieckiem. Mimo to z ulgą i entuzjazmem zostawiałam go pod opieką cioć (koleżanek z uczelni) i szłam na zajęcia. Miałam najlepszą frekwencję w grupie. Nawet najnudniejsze zajęcia były atrakcyjniejsze niż siedzenie z dzieckiem, w roli kury domowej. Kacper też na tym korzystał, bo ciocie studiowały różne kierunki i uczyły moje bardzo małoletnie dziecko geografii lub języków obcych.
Synek miał trzy lata, kiedy obroniłam pracę magisterską i to on stał pod gabinetem, gdzie trwał egzamin. A gdy wyszłam podszedł do mnie z różyczką i powiedział: „Zdałaś? To mas tulipana.” (już wtedy nie przywiązywał wagi do spraw błahych) 🙂
Z drugim dzieckiem jest łatwiej. Szybciej dociera do matki, z kim ma do czynienia. Dlatego Maksa wczesne dzieciństwo był mniej bolesne. Nawet klapsa nie dostał w tyłek, bo wystarczyło, że podniosłam głos, a on wył tak, że gdybyśmy mieli sąsiadów, musiałaby interweniować opieka społeczna. Do tej pory aparaty gębowy ma niewyparzony. Najtrudniejsze było z Maksem gotowanie obiadów lub wyjście do toalety, bo młodszy nie umiał leżeć w  łóżeczku i wszędzie trzeba było go zabierać ze sobą. Czynności higieniczne wykonywałam w rekordowym czasie, gdy w tle słychać było odgłosy niezadowolonego z samotności Maksa, jednak ugotowanie obiadu wymagało dłuższej chwili, zatem jedną ręką trzymałam syna a drugą kroiłam, mieszałam, nalewałam…
Po roku takich manewrów z niewysłowioną ulgą przyjęłam propozycję pracy w nowej firmie. Maks poszedł do niani, a ja do ludzi. Oboje byliśmy w siódmym niebie. Maks kochał spacery z przyszywanym dziadkiem i oglądanie ogromnych wywrotek w bazie transportowej, a ja ułudę wolności przez kilka godzin dziennie. Potem oboje z tego wyrośliśmy.
Obaj synowie dali mi popalić z powodu ich kulinarnych upodobań. Kacper jadł tylko waniliowe lub czekoladowe puddingi, a Maks miał fazy albo na ruskie pierogi, które chciał mieć codziennie na obiad, albo na ryby, albo na kurczakowi kotlety. Do tej pory mam uraz do gotowania, bo był czas, że każdy z nas jadł na obiad coś innego. Nic dziwnego, że mnie już wszystko zaczęło się mieszać, kto, co lubi. Ostatnio zachęcałam „przyjechanego” do domu młodszego syna, by zjadł zupę którą specjalnie dla niego zrobiłam: „Synku, Twoja ulubiona serduszkowa”, a Maks na to: „Mamo pomyliłaś mnie z Kacprem, to jego zupa.”
Nie wiem, kiedy moi synkowie będą mieć własnych synków lub córki, ale jednego żałuję, że nie będą ich matkami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.