Z mroków pamięci

Podczas wakacji prześladuje mnie czasem obraz grup dzieciaków w towarzystwie opiekunów, którzy wloką po ulicy miasta znudzone twarze swoich podopiecznych podłączone do pochylonego tułowia a ten do szurających po trotuarze nóg. Taki korowód, który czasem odznacza się jeszcze jakimś charakterystycznym elementem garderoby (jednakowymi czapeczkami, identycznymi chustkami) niewątpliwie jest grupą kolonijną „na przepustce”. Jak ja wtedy współczuję tym dzieciakom, uruchamiając własne wspomnienia. Wychowawcom też, ale to już inna sprawa. Taki obrazek odnosi mnie w przeszłość, kiedy miałam ten niefart dwukrotnie uczestniczyć w podobnym evencie.

Na pierwsze swoje kolonie pojechałam nad morze do Darłówka. Miałam 12 lat. Teraz już nie wiem, czyj to był pomysł, mój czy rodziców? Nieważne. Istotne było, że ten epizod z mojej przeszłości nie należy do tych chętnie wspominanych. Wszystko było nie tak. Dla wycofanej indywidualistki, która na dodatek miała silną więź z rodziną ten okres był trudny do zaakceptowania. Z jednej strony na pewno nęciły mnie nadmorskie atrakcje, z drugiej strony bałam się przeflancowania w nowe otoczenie. Trzeba było nawiązać kolejne znajomości, dostosować się do grupy, która jak to z grupą bywa miała swój system, swoją hierarchię. A ja systemowo nie cierpię systemu. Pobudka na gwizdek, poranna zbiórka, komunikaty przez megafon: „Uwaga koluniści(!), mówi kierownik…”, grupowe wymarsze na plażę, moczenie nóg w Bałtyku na komendę, obiady, podczas których zawsze brakowało nam kompotu…i czas wolny – jedyny moment, kiedy można było być sobą i z samym sobą… Część grup kolonijnych oglądała mecze Mistrzostw Świata w piłce nożnej (z tego, co pamiętam nasza reprezentacja nieźle sobie radziła), a ja biegłam wtedy do biblioteki i szukałam tego, czego jeszcze nie czytałam, ale wybór był ograniczony. Żadnych „Panów Samochodzików” czy „Tomków na tropach…” Bryndza w bibliotece jeszcze bardziej podsycała tęsknotę za domem i własnym księgozbiorem. O ile w dzień się jakoś trzymałam z godnością, udając, że bawię się wyśmienicie, wraz z innymi darłam się na całe gardło „Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek” albo „Morze, nasze morze, będziem ciebie wierni strzec”, za to gdy zamykałam wieczorem oczy przed snem, pod powiekami miałam obraz rodziców i nie było siły – łzy płynęły mimo woli. Odliczałam dni do końca kolonii i czułam się tam jak za karę. Boże, ile teraz bym dała za dwa lub trzy tygodnie beztroski! Zazdrościłam dzieciakom, których rodziny wypoczywały w tym samym czasie nad morzem, bo wtedy bliscy wpadali do nich z wizytą. Dlatego też niesamowicie ucieszyły mnie odwiedziny znajomych moich rodziców. Przyjechali i zabrali mnie, za zgodą opiekunki, do pobliskiego miasteczka. Pojechaliśmy do kina. Pamiętam, że grali tam wtedy jeden jedyny film – „Gwiezdne wojny. Imperium kontratakuje”. Nie miałam śmiałości powiedzieć im, że nie cierpię s/f. Potulnie przesiedziałam w kinie cały seans, od czasu do czasu przysypiając. „Gwiezdne wojny” do dziś odbijają mi się czkawką, bo traf chciał, że wyszłam za mąż za człowieka, który tę serię uznał za kultową i katuje mnie nią cyklicznie.

Jednak wtedy, jako dwunastolatka, byłam skłonna przeboleć kilkugodzinny seans filmu z sagi Lucasa, ba – zniosłabym i więcej, gdybym tylko nie musiała wracać do ośrodka kolonijnego. Niestety, znajomi odjechali i zostawili mnie w nieutulonym żalu, pocieszając, że niebawem będę w domu. To „niebawem” dłużyło mi się nieznośnie, co tylko udowodniło teorię względności czasu.

Wiedziałam też, że noc przed wyjazdem, tak zwana „zielona” może być dość dramatycznym przeżyciem. Wszyscy straszyli nią nowicjuszy. Dlatego obiecałam sobie nie spać, czuwać i kontratakować 😊. Okazało się, że sen i tak mnie zmorzył, a umazane pastą do zębów stopy łatwo było umyć.

Z ekscytacją myślałam o powrocie do domu, zaopatrzona w suchy prowiant, który zresztą pochłonęłam w większości już kilkanaście kilometrów za Darłówkiem.

O dziwo, po powrocie z kolonii, gęba mi się nie zamykała, tyle miałam opowieści. Z fascynacją, aż do znudzenia rodziców opowiadałam, jak to było „u nas w Darłówku”.

Nic dziwnego, że za rok rodzice wysłali mnie tam znowu 😀

Po wielu latach swoje dzieci też skazałam na taką przygodę, ale o tym już innym razem 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.