Bogate CV

Usłyszałam ostatnio, że pokolenie, które teraz wkracza w dorosłość i na rynek pracy – zwane pieszczotliwie generacją Z – co najmniej 17 razy w swoim życiu zmieni miejsce zatrudnienia. Z jednej strony poczułam przerażenie z myślą o swoim potomstwie, że nie przyjdzie mu zaznać stabilizacji, z drugiej strony – ulgę, że synom nie będzie grozić wypalenie zawodowe, czego doświadczają moi rówieśnicy. W tym też ja.

A przecież też w swojej dorosłości miałam epizody związane z zatrudnieniem w rozmaitych firmach, tyle, że od 21 lat trwam niewzruszenie w jednej, choć nie wiem, jak długo jeszcze.

Przez prawie 30 lat udało mi się poznać gorzko-słodki smak kilku zawodów, by ostatecznie utkwić w tym jednym, choć wciąż mam apetyt na więcej.

Pierwsza moja poważna praca doświadczyła mnie u progu dorosłości. Miałam 18 lat, kiedy po raz pierwszy z moim chłopakiem, a przyszłym Mężem wyjechałam na dłużej i to od razu za granicę. On, wówczas student, załatwił mi pracę w ówczesnym NRD. Pojechaliśmy tam z grupą innych studentów, którzy wakacje woleli wykorzystać na zarabianie marek niż na leżenie pod gruszą. Trafiliśmy do miejscowości Niederschlema(?) do fabryki papieru. Praca, jaką nam zaoferowano, to trzyzmianowe szychty. Facetów przypisano do prac cięższych, na sam początek taśmy, a my – kobietki obsługiwałyśmy maszyny. Najpierw stałam przy kotle, w którym mieszała się celuloza. Od czasu do czasu z nudów wyciągałam stamtąd papkę i lepiłam z niej jakieś maszkarony. Kilka nawet potem przywiozłam ze sobą do kraju. Następnie przeniesiono mnie do obsługiwania, chyba, gilotyny, moim zadaniem było naciskanie guziczków. Było to cholernie nudne zajęcie. A na nocnej zmianie zupełnie sennogenne. Bo właśnie najbardziej uciążliwa była ta trzecia zmiana. Jednak miałam świadomość, że przypadnie mi ona tylko raz w ciągu tej miesięcznej kariery. Całkiem fajne były poniedziałki, kiedy zgodnie z regulaminem fabryki na kilka godzin produkcja była wstrzymana, bo trwała konserwacja maszyn. Wtedy stali i starzy pracownicy urządzali sobie dzikie zabawy, na przykład obrzucając się woreczkami z mlekiem, które każdy z nas dostawał w ramach regeneracji sił 😊. A my patrzyliśmy na to ze zdumieniem.

Najlepsze jednak były weekendy, bo wtedy po wypłacie tygodniówek mogliśmy sobie pozwolić na wycieczki i zwiedzanie okolicy a przy okazji na wizyty w restauracjach. Można powiedzieć, że wiedliśmy wtedy światowe życie. Pod koniec naszego pobytu zaaferowani Niemcy powiedzieli, że nie wiadomo, czy uda nam się wyjechać do Polski, bo właśnie wybuchły strajki na Wybrzeżu i być może władze wprowadzą znowu stanu wojennego. Mieliśmy trochę nerwówki z tego powodu, ale teraz sobie myślę, że gdybyśmy rzeczywiście zostali wtedy w NRD, to po dwóch latach żylibyśmy z zjednoczonych Niemczech.

Druga moja przygoda z pracę u zachodnich sąsiadów miała miejsce rok później. Tuż przed maturą moja wychowawczyni zaprosiła mnie i moją koleżankę do swojego gabinetu i powiedziała, że zasługi(?) ma dla nas propozycję wyjazdu wakacyjnego, podczas którego będziemy miały okazję poznać Niemcy i trochę zarobić. Jako, że miałam w perspektywie najdłuższe wakacje świata, bo między maturą a studiami takie są, zgodziłam się od razu. Tym bardziej, że miałam miłe wspomnienia z pracę w NRD sprzed roku, kiedy zarobiłam naprawdę niezłe pieniądze.

Pojechałyśmy. Już na samym początku wyjaśniono nam podczas wręczania żółtych kapoków, rękawic i kaloszy, że naszym zadaniem będzie praca w lesie. Miałyśmy być drwalkami. Dokładnie tak! Wtedy pomyślałam sobie „ciepło” o moje wychowawczyni i zadałam sobie pytanie, jakie moje i Elki zasługi sprowokowały ją do tej naszej zsyłki na Zachód.

Przez kilka tygodni codziennie brałyśmy siekierki do łap i szłyśmy do lasu, by obcinać drobne gałęzie z powalonych drzew. Błogosławiłam wtedy swojej płci, bo faceci musieli przenosić kłody drewna i układać je na stosach. A na to naprawdę nie miałabym siły. Nie pamiętam, czy oprócz pracy były wtedy dla nas jakieś atrakcje. Po skończonej dniówce szliśmy do knajpy z Niemcami i przy piwie słuchaliśmy najnowszych plotek z miasta. Niemcy niepokoili się, że co dzień z okolicy ubywa ludzi, którzy wybierają życie w zachodniej części podzielonego kraju. Jeszcze wtedy nikt nie przypuszczał, że to był widoczny początek końca NRD. Nie zarobiłyśmy z koleżanką wtedy wiele, ale na pewno podszlifowałyśmy przy okazji niemiecki i nieco wyrobiłyśmy sobie mięśnie. A co nawdychałyśmy się żywicznego powietrza, to nasze 😊

Tamte najdłuższe wakacje wykorzystałam nie tylko na podboje bieszczadzkich szlaków, ale przede wszystkim na zarabianie pieniędzy, które pomogłyby mi rozpocząć czas studiów. Dlatego znalazłam pracę na poczcie. W letnim sezonie były wakaty. Brakowało listonoszy, dlatego bardzo szybko wskoczyłam na miejsce listonoszki, której rewirem były tak zwane górnicze ulice. To były te miejsca, w których mieszkali emerytowani górnicy. W tamtych latach jeszcze emeryci nie mieli kont bankowych, więc comiesięczne świadczenia przechodziły przez pocztę, a listonosz, który przynosił emeryturę, mógł liczyć na sowite napiwki. Dzięki temu przez miesiąc pracy miałam dwie wypłaty. Jedną oficjalną, drugą z „obrywków”. Chodzenie z torbą pełną pieniędzy nie należało do bezpiecznych, ale wtedy o tym naprawdę nie myślałam. No cóż – byłam młoda i pełna wiary w ludzką uczciwość. I to wszystko z wiekiem przeminęło 😉

Wychodzi na to, że zanim skończyłam studia i zostałam polonistką, miałam już bogate CV. Dziś zastanawiam się, co mnie podkusiło, by zostać nauczycielem 😊 Ale przecież nic nie jest nam dane raz na zawsze. W następnym życiu będę leśnikiem 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.