Wakacje w stylu slow?

Z obserwacji mediów wnioskuję, że nastała moda na wakacje w stylu slow i folk. Tak czytam w ogólnopolskim miesięczniku. W ogólnopolskiej TV słyszę, że trendem jest wysyłanie dzieci na wakacje do dziadków na wieś, by poznały prawdziwy smak masła, mleka, chleba. A mnie zdumiewają te pomysły, bo wiem, że dziś prawdziwa wieś jest tylko w skansenie. A to jak warszawiacy z mediów ją sobie wyobrażają, jest tylko projekcją schematu z literatury. Taka papka – trochę z Kochanowskiego, garść z Mickiewicza i szczyptę z Orzeszkowej a poprószone to lekko Kalicińską. Zjawisko jakoś dziwnie mi przypomina modę na ludowość pod koniec XIX wieku, kiedy zblazowani życiem miasta inteligenci i artyści szukali prawdziwych doznań na wsi, gdzie rzekomo było sielsko, kolorowo i zdrowo.

Trochę przypatruję się wsi, szczególnie mocno, gdy przemierzam kilometry po wiejskich drogach i bezdrożach. I zastanawiam się, czy nie wykorzystać pomysłu, który kiedyś realizowałam, pisząc artykuły „W poszukiwaniu prawdziwej leśniczówki”. Teraz mogłabym równie nieskutecznie szukać prawdziwej wsi, takiej kalki zapamiętanej z dzieciństwa.

Dzisiejsza wieś jest mało wiejska. To raczej kolonia miasta, jego sypialnia. Nie wiem, może to dobrze, że z rustykalnej scenerii zniknęły walące się płoty czy niskie obórki niczym z sonetów Kasprowicza. Dziś zamiast szachulcowych chałup i okalających ich malw mamy kopie dworków szlacheckich z równo wystrzyżonym trawnikiem i zamkniętą bramą, której strzegą gipsowe lwy czy orły. Zamiast astrów na rabatkach – stoją juki i plastikowe bociany. Taki nowobogacki eklektyzm. Trochę tradycji, trochę egzotyki, a wszystko nie z tego świata. Nawet ukrzyżowane Jezusy na rozdrożach i bolejące Matki są jakby od jednego dostawcy z Chin.

 I jak na takiej wsi dziecko z miasta ma nauczyć się prawdziwych smaków? Skąd ma wziąć mleko prosto od krowy, skoro we wsi nikt bydła nie hoduje? Zostaje kupić wnukowi z miasta mleko w kartonie w pobliskim Dino. Tak samo masło bez laktozy i „wiejski” chleb bez glutenu. Może jeszcze uda się kupić od zaradnej sąsiadki jajka podebrane prawdziwej kurze, takiej grzebiącej, nieklatkowej, bo akurat jeszcze ptactwo domowe w przeciwieństwie do koni, świń czy krów można zaobserwować na wiejskich podwórkach. Ale na tych podwórkach trudno o wystrzyżony trawnik 😉.

Są wsie w okolicy, w których nie ma ani jednego rolnika. To nie znaczy, że zawód wymarł, o nie. Po prostu rolnik teraz musi mieć co najmniej 100 hektarów pola, kombajn lub dwa, kilka ciągników, a wtedy nie ma czasu na przyjmowanie wnuków, tylko pracuje. Jak w fabryce czy w korpo.

Ktoś pewnie teraz zaprotestuje, że głupoty piszę, bo są jeszcze inne wsie. I pewnie ma racje. Sama widziałam w ubiegłym roku wóz do którego zaprzęgnięta była para koni, widziałam też konny pług, którym rolnik orał pole, jednak patrzyłam na te zjawiska z ekscytacją jak nie przymierzając na malowidło van Gogha onegdaj w poznańskim muzeum.

Może w tym, co piszę jest trochę ironii, trochę złości, ale to dlatego, że czuję się zawiedziona upływem czasu. Tego czasu, którego łapa miażdży najpiękniejsze momenty naszej przeszłości.

Nie ma już prawdziwej wsi. Takiej, jaką poznałam, będąc dzieckiem. Nie ma wsi, gdzie gotowało się dla kilku świń w chlewiku ziemniaki, mieszało ze świeżo zszatkowanymi pokrzywami i zalewało to czymś, co pachniało tak, że nawet ja, niejadek nabierałam ochoty na posiłek. Nie ma już wsi, gdzie karmiłam małe kaczuszki żółtkami jajek i liśćmi krwawnika. Nie ma już wsi, gdzie na kuchennej blasze piekłam talarki ziemniaków lub przypiekałam kromki chleba. Nie ma już wsi, gdzie podstawiałam kubek pod wymiona krowy, a babcia nalewała do niego pachnące, ciepłe mleko z pianą. Nie ma już wsi, gdzie nie raz wdepnęłam na łące w ciepły jeszcze krowi placek. Nie ma też wsi, gdzie kąpiel odbywała się w ocynkowanej wannie wnoszonej raz w tygodniu do domu. Nie ma też wsi, gdzie było bezpiecznie mimo kąsających mrówek i krwiożerczych komarów, które zostawiały czerwone ślady na mojej skórze.

Nie ma tej wsi…bo nie ma też ludzi, którzy ją wypełniali. Odeszli, a nikt nie umiał ich zastąpić. Cieszę się tylko, że przynajmniej jedno moje dziecko zdążyło choć w części jej posmakować.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.