Trzy dni przez mękę, czyli Mąż ma urlop :)

Mąż ma urlop. Postanowiliśmy, że tym razem spędzimy ten czas na wspólnym wypoczynku. Leżenie brzuchem do góry nie zostało zaakceptowane przez żadną ze stron. Wyszło na to, że obojgu nam odpowiada relaks aktywny, najlepiej na rowerze. Ucieszyłam się, bo wyprawy rowerowe lubię, a w towarzystwie Męża rzadko mam okazję je odbywać. Niestety, okazało się, że poróżnił nas niuans semantyczny. To, co ja nazywam wyprawą, Mąż traktuje w ramach rozgrzewki. Dla niego 40 km to nie wyprawa a wyprawka. Oczywiście padłam ofiarą tego nieporozumienia leksykalnego już pierwszego dnia, kiedy Mąż zaordynował wycieczkę z Gryfowa do Lubania.

Sprawdziłam przezornie na mapie drogę, uznałam, że chyba odległość uda mi się pokonać, ale przeoczyłam profil trasy, czyli wykres przewyższeń. Nic dziwnego, że jeszcze przed półmetkiem wycieczki miałam ochotę stanąć przed kolejną górką i czekać aż Ziemia się wypłaszczy. Jedynie aplikacja burzowa, która informowała o liczbie wyładowań w mojej okolicy motywowała mnie do ruchu, bo niczego bardziej nie chciałam od znalezienia się w zamkniętej przestrzeni.

Na drugi dzień w planach była Dolina Baryczy. Tym razem nie musiałam sprawdzać ani trasy, ani jej profilu, bo przypuszczałam, że będzie płasko i niemęcząco. Z Radziądza, gdzie zostawiliśmy auto, do Milicza to raptem niecałe 30 km. Pomyślałam sobie, że łącznie z drogą powrotną nie wyjdzie nam więcej niż dnia poprzedniego. I tu byłam w jakże mylnym błędzie 😊. Mąż stwierdził, po osiągnięciu punktu pośredniego, że nudno byłoby wracać tą samą drogą, więc pojedziemy inną. Naiwnie sądziłam, że jest pewien trasy, więc jechałam za nim spokojnie i ufnie, ale gdy przed nami pojawiła się tablica: województwo wielkopolskie, a samochody nas mijające już nie miały rejestracji DMI, tylko PRA, uznałam, że chyba coś nie idzie tak, jak powinno. Tym bardziej, że Mąż zaczął coraz częściej sprawdzać nasze położenie. I zamiast wracać, zaczęliśmy kluczyć, co wywołało u mnie potrzebę werbalnej ekspresji. Wtedy postanowiłam zaufać nawigacji w smartfonie, którego bateria i tak już mocno była nadwątlona przez endomondo. Bałam się, że za chwilę zostanę bez łączności ze światem. Na dodatek w Wielkopolsce 😊.

Dzięki GPS-owi na początku wszystko szło dobrze, aż do czasu, gdy szutrowa droga zamieniła się w piachy, po których jazda rowerem przypomina raczej akrobatykę połączoną z kaskaderką. Jako że ani tak odważna ani wysportowana nie jestem, zostało mi pchać rower przez 5 kilometrów, ocierać z czoła pot, wysypywać piasek z butów i liczyć, że strzałka w prawo, którą widzę na ekranie smartfona, skutecznie za kilka kilometrów wybawi nas przed śródleśną plażą, kierując rzeczywiście na asfalt. I tak się stało. Kiedy dotarliśmy do auta, okazało się, że patron rowerzystów musiał nad nami czuwać, bo po chwili rozpętała się wichura i ulewa. Gdyby zastała nas w trasie, nie byłoby wesoło.

Trzeciego dnia Mąż zachęca: pojedziemy do Kliczkowa, to tylko 60 km w obie strony i tylko 6 przez las. O ile pierwsza informacja nie zrobiła na mnie złego wrażenia, to druga – ta o lesie – zjeżyła mi skórę. Świeżo w pamięci miałam marsz z rowerem przez śródleśne piachy w okolicach Milicza. Jednak żeby nie wyszło na to, że jestem marudna i zdemotywowana, postanowiłam zaryzykować. Tym razem auto zostawiliśmy w Iwinach i pomknęliśmy przed siebie. Mogliśmy skorzystać ze ścieżki rowerowej, dotrzeć do Bolesławca a potem do zamku w Kliczkowie, ale Mąż uznał, że tak sobie wrócimy, a teraz pojedziemy inaczej, czyli ciekawiej. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo ciekawie. Najbardziej bałam się tego lasu, ale okazało się, że niesłusznie – droga szutrowa, prosta, nie za mokra, nie za kamienista a dookoła pachnące świerki i sosny. I to uśpiło naszą czujność, bo po wyjeździe z lasu zamiast skręcić w lewo, zrobiliśmy manewr odwrotny. Jednak przecież nie jednej drodze na imię „droga do Kliczkowa”, więc nie zawracaliśmy, tylko zerknęliśmy na nawigację i ruszyliśmy dalej. I to był błąd. Wiel-błąd zaiste. Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy znowu do lasu, takiego nieplanowanego, gdzie stały tabliczki: teren wojskowy. Kiedy chciałam się wycofać, Mąż stwierdził, że tabliczki stoją obok drogi i pewnie nie dotyczą samej ścieżki. Nawigacja mówiła: „jedź prosto”. No to pojechaliśmy. I tak nie wiadomo jak i dlaczego znaleźliśmy się w centrum poligonu. Jedne znaki ostrzegały nas przez zastrzeleniem, inne informowały o czołgach, a my mknęliśmy przez kilka kilometrów po kamienistej drodze, rozglądając się, skąd może nadejść atak artylerii albo partol wojskowy, który zaaresztuje nas na przykład za…szpiegostwo 😊. Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do jakiegoś gruzowiska. Tablica informowała, że to Pstrąże. Wtedy przypomniałam sobie o tym osiedlu i o tym, że wstęp tu nie jest legalny. Ale przecież nie mogliśmy się wycofać, bo czekałoby nas znowu kuszenie losy na drodze poligonu. Pojechaliśmy dalej i tak trafiliśmy na kolejny poligon prowadzący do Świętoszowa. Zmieniła się sceneria. Jechaliśmy tym razem asfaltówką, a po obu stronach zamiast lasu rozciągały się piachy. Czułam się jak na pustyni. Zastanawiałam się, czy z widocznego na wzgórzu budynku nie obserwują nas wojskowi, którzy za chwilę zgarną nas z trasy. Gdzieś w oddali stał czołg. Wokół ani żywej duszy tylko my. Nie będę pisać, jakie słowa, adekwatne do sytuacji i nastroju wychodziły z moich ust. Oczywiści jak mantrę powtarzałam: „A nie mówiłam, żeby tędy nie jechać! Jeszcze na końcu tej drogi natkniemy się na autostradę!” Mąż przezornie milczał. Za to ja werbalnie się rozkręcałam. I tak jechaliśmy jak żywy cel dla artylerii. Kiedy nie klęłam, myślach modliłam się: „Boże skoro nie mogę zaufać nawigacji ani Mężowi, to chociaż Ty mnie stąd wyprowadź” Po kilku kilometrach Bóg się zlitował i skończył się poligon. Niestety, zgodnie z czarnym scenariuszem zaczęła się autostrada. Musieliśmy znaleźć jakiś alternatywny wyjazd z tej pułapki. Nawigacja uparcie pchała nas na drogę, gdzie znowu stały tablice: teren wojskowy. Żeby nie rzucać się ponownie w oczy żołnierzy, po kilku kilometrach znaleźliśmy wyjście awaryjne. I kiedy wrócił mi dobry nastrój, okazało się, że droga, jedyna, która może nas stąd wyprowadzić, pokryta jest piachem. Jak nie urok, to… Powtórka z rozrywki. Kilka kilometrów marszu z rowerem wykończyło mnie bardziej niż cała wcześniejsza kilkudziesięciokilometrowa droga. Ale kiedy wreszcie w oddali zamajaczyły dachy zabudowań i piachy zamieniły się w asfalt, a GPS pokazał, że jeszcze tylko 11 km do Kliczkowa, poczułam przypływ endorfin. Gdy dotarliśmy do pałacu, na liczniku mieliśmy już 60 km, a w perspektywie drogę powrotną. Tym razem już bez poligonu. Nie wiem, kto nad nami czuwał, ale szczęśliwie dotarliśmy do celu. Gdy wracaliśmy do domu mówię do Męża: „Jeszcze zobaczysz, a na youtubie pojawi się filmik, jak mkniemy przez poligon”. A Mąż na to: „Dobrze, by było, żeby to był sam obraz, bez fonii, bo będzie wstyd.” 😊

No cóż, z moim Mężem nie mogę narzekać na brak atrakcji, myślę, że on tak pomysłowo mści się za moje fochy i marudzenie, planując kolejne wyprawy. Dlatego dobrze, że już kończy mu się ten urlop. Trochę odpocznę 😀

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.