Jest w tym magia

Dziś Dzień Fotografii. Zasadniczo każdy dzień dla mnie jest dniem fotografii. Chyba trudno mi wyobrazić sobie życie bez robienia zdjęć. Nie umiem rysować, malować, szkicować. Bozia poskąpił mi tego talentu, a mam potrzebę zatrzymywania czasu, utrwalania chwil, które chciałabym pokazać innym. Może dlatego niedopatrzenie Boskie zrekompensował mi Mąż, który kupił mi pierwszy aparat. A na dodatek pokazał, jak go używać, by był czymś więcej niż tylko nowoczesnym gadżetem.

Wiem, że ten podarunek był po to, bym nie marudziła mu podczas wspólnych wypraw, gdy on skupiał się na fotografowaniu. Bywało, że gdy szliśmy razem jakimś szlakiem, on zostawał w tyle, a ja parłam samotnie do przodu, a potem wracałam zirytowana, by zastać Męża w bezruchu z wycelowanym obiektywem w drzewo, w korę, w krzew, w kwiat, w owada, w cokolwiek, co wypatrzył ciekawego… Nie rozumiałam, jak można tak tkwić kilka minut w jednym miejscu i kilkakrotnie naciskać spust migawki. Przecież zdjęcie to zdjęcie. Robi się cyk i idzie dalej.

Jak bardzo tkwiłam w błędzie, przekonałam się, kiedy sama zaczęłam robić zdjęcia. Szczególnie makro. To technika, która wymaga skupienia, czasu, spokoju i bezdechu, żeby nie spłoszyć tych, na których mi najbardziej zależy. Przyglądanie się tajnemu życiu „robali” stało się moją obsesją, a jednocześnie remedium na coraz bardziej meczący świat ludzi.

Wyjście z aparatem do ogrodu, na łąkę czy do lasu okazuje się fascynującą przygodą. Nigdy nie wiem, jaki obiekt zostanie przeze mnie upolowany. Na szczęście poluję bez szkody dla swoich modeli, chociaż zdarzyło mi się być pośrednią przyczyną ich zguby, na przykład, gdy goniony przeze mnie motyl lub tropiona biedronka zaplątały się w pajęczynę. Pamiętam, jak tę biedronkę próbowałam ratować, wyciągając z pajęczyny, ale oblepiona nią dokładnie, nie reagowała na „resuscytację” 😉

Kilka lat robienie zdjęć makro i buszowania w trawie sprawiło, że nauczyłam się owadzich obyczajów, złapałam kilka kleszczy i wielokrotnie wracałam do domu poparzona pokrzywami, podrapana jeżynami. Ale przede wszystkim zrozumiałam Męża, dlaczego potrafił tkwić kilkanaście minut w bezruchu nad upatrzonym obiektem. Jest w tym magia. Dlatego w tym dniu życzę sobie i innym zakręconym dobrego wzroku, stabilnego ramienia, naładowanych baterii, karty w aparacie no i samego aparatu zawsze pod ręką wtedy, kiedy chwila tego warta 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.