Witaj szkoło i… w ogóle

Wrzesień rozpłakał się deszczem, jakby chciał uronić łzy za odchodzącymi w niebyt wakacjami. I dobrze, niech pada i chłodzi się powietrze. Po co słońce ma wodzić nas na pokuszenie. Tylko żal okazji do rowerowania. Trudno będzie mi się odzwyczaić od eskapad po okolicach. Przez ostatnie trzy miesiące przejechałam ponad 2 tysiące kilometrów, łudząc się, że gdzieś po drodze zgubię brzuch.

Ale niestety, zawsze wracał ze mną zadowolony, że udało mu się mnie przechytrzyć. Już nawet poszłam do lekarza, co by mi powiedział, że to na przykład przez jakie zawirowania natury zdrowotnej ten mankament mnie prześladuje. Mówię pani doktor, że nie mogę zrzucić ani deko, że nie pochłaniam „ciastków”, nie słodzę, nie jem tłustej karkówki i prawie codziennie jeżdżę rowerem po 40 km. „Ile?” – zapytała pani od medycyny i wreszcie podniosła na mnie uważny wzrok. „No 40, albo i więcej” – mówię.

Z zainteresowaniem zmierzyła mi parametry życiowe, dała skierowanie na upuszczenie krwi – jakbym to od tego miała zejść z wagi i za tydzień kazała przyjść do niej ponownie, z wynikami. Zrobiłam, co należało i okazało się, że cukrzycy nie mam, tarczyca zdrowa, w związku z tym tylko pesel szwankuje, a na to nie ma lekarstwa ☹

No właśnie – pesel. Utrapienie z nim niemiłosierne. Uświadomiłam sobie, po dokonaniu kalkulacji, że rozpoczynam właśnie 26 rok uprawiania misji. Że po raz dziewiąty będę wychowawcą. Że przez ten czas skrzywiłam/skrzywdziłam polonistycznie kilkaset uczniów. Że niektórzy z nich zeszli na złą drogę i też zostali nauczycielami.

 I że po tej mitycznej podwyżce na moje konto wpłynęła kwota, po widoku której zastanawiam się, czy te 25 lat to nie był błąd.

A…dziś przypomniała sobie, że kiedy po raz pierwszy szłam do szkoły, a było to w … roku, też padał deszcz 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.