Rumieniec wstydu

Było to kilka dobrych lat temu. Mocno słotny dzień, jesienna szaruga, z nieba lało, pobocza wypełniały kałuże. Jechałam z pracy i byłam wdzięczna, że mam nad sobą dach i względne ciepło w aucie. Kiedy mijałam przystanek, wjechałam w pokaźną kałużę.

Bynajmniej nie z rozmysłem, po prostu zagapiłam się i nie zdążyłam jej ominąć. Kątem oka zauważyłam, że pokaźna struga ochlapała stojącego przy krawędzi jezdni mężczyznę. Przestraszyłam się, bo wiem, że tego nie wolno robić drugiemu człowiekowi. Jednak w lusterku wstecznym zobaczyłam, że mężczyzna wygląda jak obdarciuch, menel – przemknęło mi przez myśl. Trudno – rozgrzeszyłam się błyskawicznie. Pojechałam dalej. W domu zaczęłam analizować sytuację. Zrobiło mi się wstyd, bo pojęłam co wynikało z mojego toku myślenia. Uświadomiłam sobie, że oceniłam człowieka, jako niewartego mojego „przepraszam”. Uznałam, że skoro życie już go tak sponiewierało, to mocząc jego ubranie wodą z kałuży niewiele mu zaszkodzę. Zaczęłam się zastanawiać, co bym zrobiła, gdyby na miejscu wspomnianego mężczyzny stał elegancki, wymuskany dżentelmen?

To zdarzenie co jakiś czas odzywa się w mojej pamięci, klasyczny wyrzut sumienia. Dziś wiem, że nie warto było go wtedy zbagatelizować, bo poczucie wstydu jest wciąż żywe. Powinnam była wtedy zatrzymać się, przeprosić, odczekać wybuch złości faceta, dać się zbesztać i zaproponować rekompensatę za pranie ubrania. Powinnam. Ale to już nie wróci. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. To zdarzenie dało mi impuls, by uświadomić sobie, jak wrażenie, które sprawiamy, wpływa na traktowanie nas przez otoczenie. Kasia w szpilkach od Blahnika będzie budziła większy podziw niż w tych kupionych w Deichmanie. A to wciąż ta sama Kasia. Jasiek w aucie za kilkaset tysięcy będzie czuł się pewniej niż w gracie z komisu. A to wciąż ten sam Jasiek. Przedmioty nie nobilitują nas. Gadżet nie uczyni lepszym. Może szczęśliwszym na chwilę, ale nie mądrzejszym ani bardziej empatycznym.

O tym, czy jesteśmy wartościowym człowiekiem, nie decydują rzeczy, jakie sobie zgromadziliśmy. Wiem – to truizm. Ale może warto go powtarzać, jak spoty reklamowe. Może w końcu nam się utrwali. Może wreszcie dojdzie do nas, że majątek może nam zabrać komornik, pracę – recesja, przyjaciół – bieda, sprawne ciało – zdeformować choroba, urodę – przemijanie, a wtedy zostaje naga prawda.

Mówię to, bo niedawno, kiedy robiłam zakupy w jednym z marketów, kasjerka szepnęła do mnie: „Może by pani kiedyś napisała, jak nas traktują klienci. Może ktoś to przeczyta i się zastanowi? Ludzie myślą, że jak pracujemy na kasie, to można nami pomiatać.” Nie musiała mówić nic więcej, bo nie raz byłam świadkiem świętego oburzenia, że jeszcze nie otwarto drugiej, trzeciej czy dziesiątej kasy, a pan (celują w tym sfrustrowani mężczyźni koło sześćdziesiątki) przecież się śpieszy, bo piwo, bo mecz, bo kumple, bo drzemka…Bo tysiąc spraw, za które trzeba winić kobietę przy kasie, że się guzdrze, że nie zna kodu, że cena nie taka jak na półce, że nie ma wydać…

A nie daj Boże, jeśli kasjerka jest Ukrainką. Wtedy jeszcze trzeba jej wypomnieć, że nie zna polskiego i mogła się uczyć.

Jesteśmy już na takim etapie rozwoju, że tyłki obrosły nam w tłuszcz i zapomnieliśmy, że kiedyś to my, Polacy tak dumni dziś z siebie, byliśmy niewolnikami Europy. A niektórzy nadal nimi są. Tak, pamięć jest zawodna.

Dlatego czasem potrzeba mocno się zawstydzić, by ten palący policzki rumieniec przypominał nam, gdzie jest nasze miejsce.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.