Zrzucanie ciężaru

Dzisiaj zrozumiałam, dlaczego ciągle pakuję się w zadania, które wymagają ode mnie dodatkowej pracy i czasu, a z reguły nie przynoszą gratyfikacji finansowej.

A pakuję się permanentnie. Ludzie już tak się przyzwyczaili do tego, że kiedy trzeba darmowej siły roboczej, dzwonią do mnie. A ja nie wiem, czy z wrodzonej delikatności, czy z innych, mniej szlachetnych powodów, nie każę im spadać, nie wysyłam na drzewo, nie pukam się odschoolowo w czoło, tylko mówię: „OK, wchodzę w to”. Potem zagryzam zęby, wargi, palce… i krzyczę sobie w duchu: „Nigdy więcej! Nie bądź głupia!” Pytam retorycznie: „Po co ci to?” Stwierdzam: „Inni tego nie robią i też fajnie sobie żyją”. Odmieniam słowo „frajer” przez wszystkie przypadki, choć najczęściej używam wołacza. Rodzina ma wtedy ze mną krzyż Pański, bom nerwowa i jakaś taka mało współpracująca, a na pewno zupełnie niesympatyczna, bo odpowiedzialność każe mi się wywiązać z zadania, rozsądek sugeruje, że i tak nikogo nie zadowolę, a natura szepce słodko: „Odpocznij, wrzuć na luz, młodsza już nigdy nie będziesz”. No i rozdarta na cztery strony świata obiecuje sobie: „To był ostatni raz!” Po czym odhaczam kolejne zadanie na swojej liście i czuję ulgę. Do następnego razu. Bo w tym wszystkim najfajniejszy jest moment odhaczania. To ta chwila, dla której warto się powkurzać przez kilka dni, tygodni czy miesięcy. To ten moment, kiedy moje barki uwalniają się od ciężaru , który dobrowolnie wrzucam na plecy. Czuję się wtedy taka swobodna i radosna, że nawet niedziela mi nietrudna. Do następnego razu 😉.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.