Za górami, za lasami, za Dobkowem i Lipą…

Jedną z zalet prowadzenia zajęć na U3W jest organizowanie plenerów fotograficznych, a w plenerach najfajniejsze jest to, że zaczynam patrzeć na miejsca, które znam, obiektywem aparatu oraz oczami moich towarzyszek podróży. I nagle okazuje się, że rzekomo mi znane przestrzenie i oswojone już dawno temu nabierają innego charakteru. Tak jak wczoraj w Dobkowie, który odkrył przede mną zupełnie urokliwą twarz. „Jak tu ładnie!” – zachwycały się moje towarzyszki, a ja musiałam przyznać, że mają absolutną rację.

Przy czym tłumaczyłam ten entuzjazm niewątpliwie złotopolską jesienią, która ubarwić potrafi nawet najszpetniejsze miejsca.
Przed Dobków przejeżdżałam pewnie kilkanaście razy w roku od kiedy sięgam pamięcią. Patrzyłam na tę wieś z okien autobusu. Wtedy jeździło się takimi „ogórkami”, w których strasznie śmierdziało spalinami, a szyby nieustannie parowały i na dodatek trzeba było szukać miejsca „nie na kole” by nie nabawić się choroby, nie wiadomo dlaczego, zwanej morską. Jeździłam takim autobusem do dziadków, którzy uparli się przeprowadzić na sam koniec świata – jak naiwnie myślałam w wieku przed- i wczesnoszkolnym. Nic dziwnego, że miałam takie wyobrażenie, bo w dziadkowej wsi autobus zawracał. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma, że jedzie dalej – do Jawora, bo przecież w moim dziecięcym umyśle świat kończył się na przystanku w Nowej Wsi Wielkiej, która wielką była tylko z nazwy. Do tej wioski jechało się właśnie przez Dobków. A że niekoniecznie lubiłam wizyty u dość oschłej i hipochondrycznej babci oraz przygłuchego, choć bardzo – jak dopiero później doceniłam – jowialnego i sympatycznego dziadka, Dobków kojarzył mi się z przystankiem w drodze na dziecięce zesłanie 😉.
Nawet cieszyło mnie, że wieś jest taka długa, bo odwlekało to moją wizytę w małym domku, gdzie straszyły dziwożony – o czym przekonywała mnie babcia, gdy nie chciałam jeść. Nie wiem, skąd te dziwożony miały przyjść po mnie, ale chyba z pieca, bo, gdy zbliżałam się do paleniska, aby wrzucić tam trochę gałązek, babcia przypominała o złośliwych duchach.
Czasem mi się tam podobało, bo babcia miała zapas grzybów marynowanych, które łowiłam palcami ze słoiczka, miała też kredens pełen tajemnic, zegar, który głębokim bim-bam odmierzał czas do przyjazdu rodziców i miała też lustro ze skrzydłami. Ale nie miała w sobie ciepła. Była taka zimna jak pokoje na górze małego domku, gdzie tylko pod grubą pierzyną dało się jakoś żyć 😉.
To był zimny chów, bo wtedy nie pieszczono się z dziećmi, z wnukami też. Tym bardziej, że było ich tyle, co palców obu dłoni.
Dziś patrzę na to jak na prehistorię, na opowieść w stylu „Za górami, za lasami, za Dobkowem i Lipą…w małym domku w środku wsi żyli sobie Babcia i Dziadek…”
Może kiedyś napiszę taką bajkę. Dla własnych wnuków 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.