Czy to jawa czy sen :)

Niedawno miałam sen. Zaskakujący i miły. Dostałam literackiego Nobla. To znaczy dostałam i nie dostałam jednocześnie. Ale od początku. Śni mi się, że czekam na przybycie króla i dworu do kościoła(?), gdzie ma się odbyć ceremonia wręczenia medali noblowskich. Wiem, że za moment świat się dowie o mnie i moich wierszach(?). Trochę mnie to dziwi, bo ostatni wiersz napisałam chyba 30 lat temu, ale widocznie dopiero teraz poznano się na mojej twórczości. Jak na Norwidzie, którego odkrył „późny wnuk” 😉.

Za moment mam wyjść na scenę, czyli do prezbiterium i napawać się dumą. Niestety, tuż przed tym momentem moja koleżanka z pracy szepcze mi do ucha, że nie może przegapić okazji i musi zrobić wywiad z królem Szwecji. Podchodzi do niego i za chwilę oboje znikają w zakrystii. Wtedy się budzę. Bez Nobla, ale za to z poczuciem zawodu, rozczarowani i złości na koleżankę, która nie mogła powstrzymać zapędów dziennikarskich i zabrała mi króla z Noblem sprzed nosa. I już wiem, że cały dzień mam z głowy. Będę wyrzucać sobie, że jestem niewolnikiem pecha.
Bo jak wytłumaczyć to, co mi się w życiu przytrafia?
Kilka lat temu miałam podobną sytuację. Był wtedy taki program w TV „Superbelfer”. Telewizja zgłosiła się do naszego liceum, że chce nakręcić odcinek ze złotoryjskiego ogólniaka. Na początek jednak trzeba było wyłonić bohatera programu. Zrobiono wśród uczniów plebiscyt i w jego konsekwencji to ja zostałam wytypowana do roli tytułowej 😉. Nie ukrywam, poczułam radość i swego rodzaju dumę. Przyjechała ekipa TV zrobiła ze mnie lokalną pseudocelebrytkę (jakby to moja dawna znajoma powiedziała), nakręciła kawałek mojej lekcji, nagrała rozmowy z uczniami, nauczycielami, dyrekcją i pojechała. Po kilku tygodniach szkoła dostała informację, że niestety, z powodów finansowych cykl programów „Superbelfer” został zawieszony na bliżej nieokreślony czas i odcinek z moim udziałem już nie będzie wyemitowany. I tak tym razem filmowy Oskar przeszedł mi koło nosa.
Kolejny przykład. Jakiś czas temu udało się naszemu Klubowi Fotograficznemu wejść w projekt z pewnym stowarzyszeniem, co poskutkowało wydaniem albumu zdjęć własnej produkcji. Kto nigdy nie robił zdjęć, ten chyba nie wie, jaką radością jest zobaczyć swoje fotografie wydanie w takiej formie. Duma nas rozpierała! Mnie też. Do czasu, kiedy przeglądając to wydanie, zobaczyłam, że jedna z najlepszych moich fotografii podpisana jest imieniem i nazwiskiem mego domowego męża. Cała radość poszła do kosza, tam, gdzie nieomal nie wylądował album. I tak kolejna nagroda, tym razem Word Press Foto nie miała już okazji trafić do mych rąk.
No cóż, życie pokazuje mi, że nie nadaję się na pierwszy stopień podium w żadnej dziedzinie. Chociaż gdyby zrobić zawody na największego pechowca? 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.