Bo jestem w mniejszości


Jeśli ktoś mnie dobrze zna, nie pyta: Gdzie idziesz na sylwestra? Kto mnie dobrze zna, wie, że nigdzie. Że siedzę w domu. Że przed północą często już zapadam w sen, jakże trafnie nazwany – zimowym. Że jeśli nie śpię, to tylko z powodu huku petard. Że kilka dni przez godziną zero nie biegam po sklepach w poszukiwaniu „błyskotliwej” kreacji ani do kosmetyczki, by jakimś cudem zrobiła mnie na bóstwo.


Do sylwestra nie przywiązuję większej wagi z wielu powodów. Jeden jest taki, że jestem zadeklarowaną domatorką. Taką co za szczyt szaleństwa uważa upojny wieczór z dobrą książką. Nie dla mnie wielkie wyjścia, bale, potańcówki. Jeśli już idę, to znaczy, że muszę i za każdym razem wtedy z desperacją proszę Męża: „Ale obiecaj mi, że szybko wrócimy”. I wcale to nie przyszło na starość, kiedy niektórzy totalnie parcieją. Taka byłam już dziesiątki lat temu 😊 I co gorsza – dobrze mi z tym 😊
Drugi powód, dla którego obchodzę sylwestra szerokim łukiem jest moja przekora. Nie lubię robić tego, czego się ode mnie oczekuje, bo tak wypada, bo tak robi większość. Ja jestem mniejszością. Na szczęście jeszcze nieprześladowaną. Chociaż skoro nie przepadam za disco polo i nie mam zamiaru oglądać Sylwestra z Dwójką, to być może niedługo to się zmieni 😉. Niepisany przymus bycia szczęśliwym, radosnym i na wyreżyserowanym spontanicznym luzie nie dla mnie. Nie umiem ulegać presji, której sensu nie rozumiem.
I tu dochodzę do trzeciego powodu – dlaczego ta jedna, jedyna noc w roku ma być wyjątkowa? Że zmienia się data w kalendarzu? Liczby są umowne, nic się za nimi nie kryje poza przykrą prawdą, że pokazują, ile nam przybyło lat, kilogramów, siwych włosów, zmarszczek, złego cholesterolu, blaszek miażdżycowych, doświadczenia…a nie, tego akurat w liczbach się nie mierzy, bo jak policzyć wartość tych kopniaków od losu i ilość wylanych łez?
Nie wierzę też w przesądy. Przez prawie pięćdziesiąt lat mojego życia nie dostrzegłam zależności między sposobem obchodzenia sylwestra a powodzeniem w następnym roku. Życie to sinusoida. Raz jesteśmy na górze, a raz sięgamy dna. Przez ostatnie dwa lata ostro pikowałam, więc może pora na jakąś miłą odmianę. Zobaczymy. Może spełnią się te wszystkie życzenia, które znajomi masowo przysyłają mi via internet. A jak się nie spełnią, to złożę reklamację i zażądam odszkodowania za stracone nadzieje 😉.
A teraz idę nalać sobie czerwonego wina i wracam do nowego kryminału. Nowy Rok przyjdzie tak czy siak. A jak już przyjdzie, to niech będzie dla Was dobry. I Wy też bądźcie dobrzy 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.