Lękiem podszyta



Jest początek 2020. Taka ładna data. Kiedy byłam dzieckiem nie sadziłam, że dożyję innej ładnej – roku 2000. Wydawało mi się, że 30 lat to spróchniała starość, do której niewielu udaje się dotrwać. Pamiętam, że oglądałam taki serial „Kosmos 1999” i filmowa wizja końca dwudziestego wieku była dla mnie niewyobrażalnie przerażająca, choć niewątpliwie pasjonująca. Chyba przez te trykotowe(?) kostiumy, na których migotały duże ekrany z przyciskami.


Dziś mam prawie pięćdziesiątkę. Tamte, serialowe zjawiska dziwnym trafem ominęły ziemian i nasz Księżyc, ale za to nie ustrzegliśmy się innych katastrof. Zarówno globalnych jaki i indywidualnych.
Od dziecka bałam się tych katastrof. Żyłam w nieustannym lęku. Bałam się wojny atomowej, tego, że Słońce się wypali i umrzemy z zimna w ciemności, w ogóle bałam się śmierci. Na tyle, że regularnie budziłam się w nocy z krzykiem: „Nie chcę umierać!”. Co niewątpliwie mocno stresowało moich rodziców, którzy nie wiedzieli, co jest powodem tych koszmarów. Niestety, koszmary miałam też na jawie i kiedyś definitywnie zepsułam rodzicom urlop nad Bałtykiem, powtarzając przy byle okazji: „Mam przeczucie, że tutaj umrę”. Co prawda nie umarłam wtedy, ale wszystkim wokół zabiłam radość wypoczynku.
Mam wrażenie, że lęk nie opuszczał mnie ani na chwilę, nawet w tak beztroskim czasie, jakim było dzieciństwo. Bałam się, kiedy lekarz zaglądał mi go gardła za pomocą drewnianej szpatułki, bałam się mrówek, zastrzyków, a najbardziej tego, że babci nie uda się przekonać rodziców, żeby nie zawozili mnie do przedszkola, tylko zostawili z nią na cały dzień. Bałam się dziadka, który potrafił tubalnym głosem wyklinać rzeczywistość. Tak jak krzyków dziadka bałam się też grzmotów i błyskawic. Bałam się mostów i kładek nad rzekami. Rzek też się bałam, bo przynosiły powodzie. Ale najbardziej lękałam się tej wojny atomowej. Kiedy szłam spać, modliłam się, żeby prezydent Carter nie zrzucił na nas żadnego pershinga lub cruisa. Rano budziłam się zdziwiona, że Bóg znowu mnie wysłuchał i nie pozwolił zdmuchnąć mojego świata falą uderzeniową.
Z lęku nie wyrosłam. Potem bałam się, że nie dostanę się do wymarzonego (jedynego w mieście) liceum, że nie zdam matury, że nie dostanę się na studia. Lękałam się sesji, egzaminów, kolokwiów. Potem bałam się, co powiedzą rodzice, kiedy dowiedzą się, że będą dziadkami. Bałam się porodu, macierzyństwa. Bałam się o zdrowie i życie moich dzieci, o mojego Męża. Bałam się o siebie, o swoją pracę, o to jak mnie ocenią, czy się sprawdzę w powierzonych mi rolach. Lękałam się o sprawy ważne i o zupełne popierdółki, na przykład o to, czy nie zrobiłam błędu w artykule, który już poszedł do druku. Bałam się o syna, który, pełen niewiary w siebie, straszył mnie, że nie skończy studiów i o drugiego, który z niepokojącym mnie luzem zawsze mówił: „Będzie dobrze”. Bałam się o zdrowie rodziców, o brata, o jego rodzinę, kiedy los nie szczędził im kłopotów.
Dziś boję się dalej. Boję się, że za kilkadziesiąt lat nasza planeta już nie udźwignie ludzkiej bezmyślności i zachłanności. Lękam się arogancji rządzących. Boję się chamstwa i bezczelności, boję się ekspansji bezinteresownej agresji. Boję się swojej niewiary, niewiedzy i niepewności, co przyniesie jutro. Jaką prawdę mi objawi i co z nią zrobię.
Dalej boję się burzy
Ale już nie boję się mrówek ani śmierci. Boję się jednak umierania. Słabości i bólu. Boję się, czy dożyję emerytury. A zaraz potem boję się, że dożyję emerytury. I co wtedy?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.