Trwałe związki i co z nich wynika

Jeżdżę już swoim nissanem prawie 15 lat. Wiem, ktoś powie, że samochody tyle nie żyją, ale ja udowadniam, że zdarza się. Kilka osób namawia mnie, bym zmieniła auto na nowsze, nowocześniejsze, ładniejsze, ale ja wychodzę z założenia, że po pierwsze dobrze nam razem w związku, a poza tym samochód jest do jeżdżenia, a nie do wyglądania, tak jak pralka do prania, lodówka do chłodzenia, telefon do nawiązywania kontaktu, a nie do opowiadania dowcipów, chociaż czemu nie…


Jednak ostatnimi czasy mój nissan zbiesił się. Nic dziwnego – jest po wielu przejściach i traumach, między innymi z tego powodu, że moja młodsza latorośl postawiła go do góry kołami w szczerym polu bez takowych intencji. Jakoby samoistnie. A żadne auto nie lubi leżeć na grzbiecie, bo się wtedy lekko gniecie i płyny ustrojowe mu się wylewają.
Ale ad rem.
Mój nissan mnie niemiło zaskakuje. Jadę a on hamuje, naciskam mocniej na gaz, a on myli go z hamulcem, przy czym zamiast miło mruczeć, rzęzi, prycha i wydala gazy. A czasem sam z siebie zatrzymuje się i odmawia współpracy. Mechanik rozkłada ręce. Mówi, że jego zdaniem jest ok. Przyjął go na długoterminową obserwację, podłączył do monitora, a nawet przejeżdżał się nim wte i wewte i wszystko grało. A ja gdy tylko wsiadłam do auta, ono znowu swoje. Ostatnio nawet wstrzymałam ruch na głównej przelotowej przez miasto, bo auto ponownie zaniemogło. Wróciłam do domu wściekła, Mąż wziął kluczyki, wsiadł do nissana i pojechał go sprawdzić. Wrócił i pyta: O co ci chodzi? Jemu jeździ. Co więcej synowi nissan też nie odmawia. Tylko ze mną nie może się dogadać i vice versa.
No więc teraz Mąż od kilku dni testuje nissana a mnie niezawodny brat pożyczył swoje auto. Tylko problem w tym, że to auto nie ma normalnej stacyjki tylko przycisk. Niby fajna sprawa. Niby.
Ostatnio, gdy przymroziło, postanowiłam rano włączyć samochód na chwilę, co by się ogrzało w nim (wiem, za to jest mandat, ale niech rzuci we mnie kamieniem, kto tego nie robi) i poszłam do domu zabrać to, co miałam zawieźć do rodziców. Następnie wsiadłam do auta i pojechałam. Gdy dotarłam do celu i chciałam zamknąć drzwi, samochód nie zareagował. Przypomniałam sobie instrukcję obsługi i spróbowałam znaleźć pilota-kluczyk, by mnie wspomógł. Przetrząsnęłam torbę i …nic. Przyznam, że jak na tę aurę, zrobiło mi się nad wyraz gorąco. Zdezorientowana weszłam do rodziców i z miejsca pytam tatę: Czy to możliwe, że przyjechałam tu bez kluczyków? Rodzic spojrzał na mnie jak na niespełna rozumu i z wahaniem, biorąc pod uwagę mój emocjonalny stan i niedawne przejścia, stwierdził: Możliwe.
Jako, że auta już bez kluczyka uruchomić się nie dało, musiałam znaleźć awaryjny transport, wrócić do domu, znaleźć leżącego na komodzie pilota i wrócić, co by w ogóle wrócić 😉

Piszę to wszystko, żeby w konsekwencji dojść do wniosku, że nie tylko auta nie umieją sprostać próbie czasu. Mnie też już dopada klątwa wieku starczego. Dobrze, że Mąż jeszcze nie wpadł na pomysł wymienić mnie na nowocześniejszy i bardziej atrakcyjny, niepsujący się model. Jeszcze.
Ale dobrze starzeć się razem – jak mówią zwolennicy trwałych związków. Z autem 😊

uwaga: wpis zawiera lokowanie produktu 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.