Do emerytury…

Po kilku miesiącach przymusowej bezczynności wracam do roboty. Na jakiś czas. Bo mogę. Dostałam oficjalny glejt, żem zdolna. Do pracy rzecz jasna, bo tak w ogóle to z innymi zdolnościami słabo.
Skończą się leniwe poranki, śniadaniówka, ogłupiające paradokumenty, obróbka archiwalnych zdjęć. Skończą się też punktualne i ciepłe obiadki dla Męża.

Skończą się długie popołudnia z książką czytaną bez poczucia winy, że inne obowiązki są bardziej priorytetowe. Skończy się też na jakiś czas bieganie po przychodniach, szpitalach i wysiadywanie godzinami w poczekalniach. Z jednej strony to dobrze, bo może wreszcie będę się czuła mniej wybrakowana, bardziej potrzebna(?), z konieczności więcej myśląca, uważna i mniej roztargniona. Ale z drugiej strony, gdyby nie powód mojej nieobecności, byłoby całkiem znośnie. Nie miałabym nic przeciw emeryturze. Już sprawdzałam – do pomostówki mam jeszcze 7 lat. Do normalnej, czyli podobnie głodowej – 10. Biorąc jednak pod uwagę intensywność moich przeżyć w ostatnich latach, każdy rok powinien mi się liczyć za dwa, bo z nadmiaru stresu starzeję się szybciej 😉. Tylko jak o tym przekonać ZUS?
Na razie powoli oswajam się z myślą, że wracam w zupełnie inny świat, który wcale nie zatrzymał się wraz z moim odejściem, tylko toczył się swoim rytmem, a ja teraz muszę w ten rytm się wpasować. Przypomina mi to wsiadanie na wyciąg krzesełkowy, który siłą rzeczy zwykle jest w ruchu. Zawsze mam obawy, że się nie wkomponuję w ruchome krzesło i spektakularnie wywinę orła, ewentualnie połowicznie wsiądę a druga połowa mnie będzie zwisać, by w trakcie podróży ulec sile grawitacji. Tak czy siak nabiję sobie sińce i guzy. Dlatego unikam wyciągów krzesełkowych, podobnie jak wchodzenia w trakcie imprezy, kiedy wszyscy już nasiąknęli klimatem miejsca. Tylko nie ja. Nie lubię się spóźniać i jeśli ktoś mnie dobrze zna, przyzna, że zwykle jestem przed umówionym czasem. Gdy wychodzimy gdzieś razem z Mężem, to ja stoję w całym rynsztunku w przedpokoju i przebieram nogami, gdy mój współlokator dopiero prasuje koszulę. Bo to nieprawda, to tylko filmowa kalka, że facet musi czekać na to, by kobieta się „zrobiła”, bo kobieta na bóstwo już „robi” się od samego rana. A są też takie, które nawet w nocy śpią w pełnym makijażu, co by czar nie prysnął i facet nie ujrzał tzw. nagiej prawdy. Przynajmniej przed ślubem, bo po ślubie to już klamka zapadła i reklamacji nie uwzględnia się. Ukryte wady fabryczne nie są powodem do zwrotu. A im więcej czasu od ślubu upłynie, tym więcej usterek wychodzi na jaw. Termin przydatności mija. Na szczęście wraz z wiekiem wzrok, słuch i inne zmysły ulegają u obojga przytępieniu, więc jest szansa tak doturlać się bezkolizyjnie razem do jakiegoś końca. A szczęściarzom nawet do emerytury 😉. Bo na emeryturze to już różnie bywa 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.