Kolejny dzień, czyli oszust matrymonialny ;)

Kolejny dzień izolacji od otocznia przynosi duże napięcie. Czuję, że jak nie wyjdę na chwilę z domu, to eksploduję. Zasadniczo wyjść mogę, byle nie do ludzi. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie mi ich brakować i to już po trzech dniach.

Zrozumiałam to, pijąc kawę. Nigdy nie smakuje mi ona tak, jak pita w towarzystwie. W pracy mi go nie brakuje, a w wolne dni wystarczy pojechać do rodziców lub ze znajomymi wyjść do knajpki. W domu nie mogę liczyć na Męża, bo on nie potrafi zrozumieć miłości ani do espresso, ani do cappuccino, ani do latte…Herbaciany też nie jest zanadto.
Nie zawsze tak było. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, a było to ponad trzy dekady temu, pił kawę. Moja mama, która jest kobietą niezwykle gościnną, nie pozwalała, by gość siedział o suchym pysku. Zatem, kiedy tylko mój przyszły Mąż przekraczał progi naszego domu, parzyła mu fusiastą kawę zwaną nie wiadomo dlaczego: „po turecku”. Robert wypijał ją, co niewątpliwie skłaniało moją mamę do radości i kontynuowania zwyczaju podawania mu tego trunku za każdym razem, gdy przybywał z wizytą.
Trwało to prawie pięć lat. Kiedy zostaliśmy małżeństwem, okazało się, że mój Mąż nie cierpi kawy.
Jego poświęcenie zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Tak się chłopak starał… 😊
No ale teraz od prawie 30 lat jest na detoksie 😊 a ja piję kawę sama 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.