Czy jestem społecznie pożyteczna?

Media, które teraz nie mają dla nas żadnych dobrych wiadomości, co jeszcze bardziej wzmaga poczucie bezradności, alarmują, że są już kraje w Europie, gdzie trzeba wybierać, kogo leczyć, a komu pozwolić umrzeć. Nie zazdroszczę lekarzom, którzy dokonują takich wyborów; wyborów, przy których kryterium ma być pożyteczność społeczna chorego.


Myślę, że nie tylko mnie naszła myśl, czy byłabym w grupie do ratowania?
I czyim kosztem darowano by akurat mnie jakąś szansę? Co w moim przypadku byłoby atutem? Szczerze – nie umiałabym pomóc w zebraniu argumentów dla takiego medyka, któremu na siłę darowano boskie kompetencje.
No bo…
Lata swoje już mam. Co miałam przeżyć, to przeżyłam. I dobrego i złego trochę. Dzieci odchowałam. Radzą sobie beze mnie. W razie czego młodszy dostałby coś z ubezpieczenia, bo starszy jest lepiej sytuowany 😉. Mąż już też nie potrzebuje mojej pomocy, bo umie prasować koszule, a jak trzeba to i ugotuje sobie. A poza tym beze mnie miałby więcej przestrzeni, szczególnie w szafach.
A pozostała część społeczeństwa? Też nie odczuwałaby mojego braku. Niektórzy pewnie nawet odetchnęliby z ulgą, gdyby mnie ubyło.
Szczególnie bezużyteczna jestem jako nauczyciel, na dodatek polonista. Bo co robi taki polonista? Polskiego uczy. I to tych co znają polski. Czyli nic nie robi. Na dodatek, jak ubiegłoroczny przykład pokazał, łatwo daje się zastąpić katechetą lub pracownikiem biurowym.
Dlatego tak sobie myślę, że jestem społecznie nieużyteczna i jakby co, to wiadomo…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.