Slow motion

W tę wielkanocną sobotę nie chciałabym pisać o smutku rozłąki z najbliższymi, o przygnębieniu chorobą, o strachu przed nieznanym, o lęku przed kryzysem. Nie chcę i już. Minęła połowa leniwego dnia. Świeci słońce. Wokół wiosna.

To okazja, by dostrzec, że życie ma też inny smak niż gorycz.
Może ta sytuacja zamknięcia, zawieszenia, zatrzymania w biegu ma sens. Nagle uzmysławiam sobie, że moje życie to właśnie sprint. Że nie umiem powiedzieć sobie stop. Że wymyślam ciągle nowe zadania do wykonania. Że w ten sposób próbuję udowodnić sobie i światu, jak bardzo jestem potrzebna. Usensownić swoje trwanie. A właśnie teraz przekonuję się, że bez tego świat i tak się kręci. Dlatego bezkarnie mogę usiąść i spokojnie wypić kawę. Bez presji, że w ten sposób kradnę czas, ten czas, który mogłabym inaczej i pożyteczniej wypełnić wedle zleconego mi odgórnie scenariusza.
Bo przecież nie ma żadnego scenariusza. Jest wielka lub mała improwizacja. Żadna z chwil nie jest kadrem z filmu. To ja piszę swój los. Raz lepiej, raz gorzej. Raz farsę, innym razem dramat. Ale to moja kartka papieru, na której każdej godziny przybywa słów. Dlatego od kilku tygodni słowa, dni i godziny płyną leniwie. Jak slow motion.
W tym zwolnionym tempie mam czas usłyszeć dzięcioła w ogrodzie i pianie koguta u sąsiadów. Zobaczyć, jakim kolorem zakwitają brzoskwinie i nektaryny, pozachwycać się kwiatami śliwy i wypatrzeć sójkę na drzewie. Przeczytać książki, które zalegają półki, zrobić porządek w fotograficznym archiwum. I zatęsknić za dziećmi 😊
Kiedy ostatnio miałam ku temu okazję?
Życzę Wam, abyście w te Święta dostrzegli urok rzeczy zwykłych i odkryli na nowo smak życia. Bo niedługo wszystko wróci do normy i znowu nie będzie na nic czasu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.