Wszyscy jesteśmy nomadami

Jest taki stary dowcip o rabinie, teściowej i kozie: Pewnego razu do rabina przychodzi Żyd i płacze mu : “Rebe, ja już nie mogę wytrzymać, mam tak źle w życiu, tłoczymy się z żoną i dzieciakami w małym domku, trudno nam i w ogóle bieda.” „Sprowadź sobie do domu teściową i wróć za tydzień” – radzi rabin. Po tygodniu Żyd przychodzi i mówi, że jest jeszcze gorzej, bo żona i teściowa się kłócą o to jak wychować dzieci, jak porządki robić, co gotować do jedzenia. Rabin poleca zatem Żydowi wziąć do domu kozę i wrócić za tydzień. Mija tydzień, Żyd przychodzi. Okazuje się, że nie dość, że ciasno i źle, i hałas, i gderanie to jeszcze smród, bród i koza wszystko nadgryza. Rabin udziela zatem ostatniej rady : “Odpraw teściową i wygoń kozę, a potem wróć po tygodniu”. Mija kolejny tydzień i Żyd przychodzi. Rabin pyta go jak tam mu się wiedzie, a ten, zadowolony odpowiada : “No Rebe, teraz, to ja mam jak w raju”.


Przytaczam ten dowcip, by pokazać, że jutro wyprowadzą nam kozę z mieszkania. Od jutra będziemy mogli iść do lasu, pobiegać i… na rower. W maseczce – bo „teściowa” jeszcze została 😉
I mimo, że epidemia hula, od razu nastrój w narodzie się poprawia. Tak wygląda odmrażanie gospodarki 😉 A my już snujemy plany, do którego lasu uderzyć. Bo przecież las w odróżnieniu od marketu czy kościoła nie stanowi przestrzeni zamkniętej, w której człowiek człowiekowi wirusem.
A ja, jako, że natura wyposażyła mnie w nieprzebrane bogactwo przekory, mam potrzebę – tak na złość – z lasu nie skorzystać. Niech nie myślą ci, co mnie wcześniej lasu pozbawili, że chodzę na ich smyczy. Ale z drugiej strony moc otwartej przestrzeni kusi. I choć dusza mówi: bądź ponadto, ciało nogami przebiera, by się oddać wędrowaniu. Bo jak się okazuje wszyscy jesteśmy nomadami, o czym teraz można się przekonać.
A las to mój żywioł. Często powtarzam, że w drugim życiu będę leśnikiem (o ile reinkarnacja nie przeistoczy mnie w nietoperza). Można powiedzieć, że wyszłam z lasu 😊 Na skraju lasu spędziłam swoje dzieciństwo. W domu, na który cień rzucała góra pokryta dębami, świerkami i bukami. To tym lasem szłam na Willenberg, mijając głębokie dziury, które według mej wyobraźni były lejami lub kryjówkami z powojennej przeszłości. To z lasu przynosiłam pierwsze wiosenne kwiaty: zawilce, miodunki i przylaszczki. To na skraju lasu zakopywaliśmy dziecięce skarby, a wykopywaliśmy takie inne – pozostałości po wcześniejszych lokatorach domku w cieniu góry. Las był miejscem wypraw na maliny, które zrywało się na słonecznych polanach. Z lasu wychodziły lisy, które były pogromcami domowego ptactwa. Do lasu uciekał bies Bambo, gdy stroiłam go w swoje wełniane sweterki…
Tak, las głęboko tkwi w mojej naturze. Jak taka drzazga, która nie boli, ale odzywa się wtedy, gdy lasu brakuje 😊 Dlatego, gdy ostatnimi laty mój organizm spłatał mi niemiłe niespodzianki, brałam psa i szłam do drzew, by – gdy nikt nie widzi – przytulać się do ich szorstkich pni i wentylować płuca powietrzem, które pachnie inaczej niż gdziekolwiek indziej.

O tak…jutro znów idę do lasu. Dziękuje kochani ministrowie, że oddaliście mi las 😀 Tylko po cholerę, dlaczego mi go wcześniej zabraliście?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.