Wolniej – więcej

Epidemia epidemią, ale człowiek musi jakoś żyć. Dopóki może. Dlatego, kiedy jaśnie panujący zdjęli z nas areszt domowy, zaczęłam korzystać z przestrzeni. Na początku spacerując po, wydawałoby się teoretycznie, bezludnych polach. Jednak okazało się szybko, że takich, którzy uznali wcześniej bezludne tereny za dobrą trasę na samotne lub nie wędrowanie, było więcej. Zatem szybko przesiadłam się na rower, gdyż rowerzystów jest zdecydowanie mniej niż pieszych i bliskie spotkanie z innym rowerzystą jest też mniej prawdopodobne niż wędrowca z wędrowcem.


Poza tym rowerowanie dostarcza równie wiele przeżyć i refleksji jak przemieszczanie się per pedes. Jedną z pierwszych złotych myśli, które przyszły do głów i mnie i Mężowi po przejażdżce była ta: jak się jedzie rowerem pod górkę, to widać więcej, niż jak się jedzie z górki. Mniej więcej o to chodziło. To znaczy o to, że jak się jedzie wolniej, to widać więcej, na przykład: kto sprzedaje miód, gdzie można kupić jajka, młode ziemniaki, kto jest zwolennikiem kandydata na D, albo kontrkandydata na B….
Mąż, który wymyślił tę zasadę: „wolniej – więcej” zazwyczaj jeździ szybko, a zwalnia tylko pod wysokie górki, ja natomiast na ogół jadę powoli i nie potrzebuję do tego górek, więc mogę służyć za punkt informacyjny, co i gdzie w okolicy się dzieje. Jakby ktoś potrzebował – jestem do usług 😊.
Zwykle taka przejażdżka obfituje w doznania wzrokowe. Węchowe również, ale nie o tym dziś chciałam. Do niedawna wypady rowerowe traktowałam jako okazje do łapania widoków, które przekuwałam w zdjęcia. Co mi wpadło w oko, poza muchami, było na zdjęciach. Dlatego targałam ze sobą plecak z dwoma aparatami i kilkoma obiektywami, aby nie przegapić żadnej okazji do naciśnięcia spustu migawki. Jednak kiedy ukradziono mi aparaty i obiektywy, plecak stał się zbędny. Dziś przewieszam przez ramię poręczny kompakt i z nim wyruszam w trasę. Jest zdecydowanie lżej. Ale nie ma nim możliwości zdjąć wszystkich atrakcyjnych obrazów. Na pewno nie ściągnę małym zoomem ośnieżonych szczytów Karkonoszy, ani żółtej pliszki na łodydze rzepaku. Nie sfotografuję nim jastrzębia, który dopadł swą ofiarę, ani umykającego przez pole stada saren.
W sumie mogłabym w ogóle nie wozić ze sobą tego aparatu, ale stanowi on dobre alibi do tego, by przystanąć podczas dłuższej trasy i odpocząć pod pretekstem prób makro na łące mleczy.
Powoli próbuję przekonać sama siebie, że nie wszystko trzeba fotografować, że czasem wystarczy to zobaczyć i utrwalić obraz pod powiekami, wyrysować sobie taki powidok bez materialnej obróbki.
Dlaczego wszystko trzeba przekłada na namacalny dowód? Dlaczego ktoś nie miałby mi uwierzyć na słowo, że widziałam z bliska polującego nad brzegiem stawu bociana, lisa biegnącego przede mną szosą, zagapione dwa koziołki, które nie słyszały roweru i dopóki nie zbliżyłam się na kilka metrów, stały na skraju drogi. Dlaczego słowa nie wystarczą, by powiedzieć, jak pięknie wygląda ta polana w lesie z dywanem białych kwiatów? Nie wiem. Ale powoli zrzucam z siebie ciężar dowodzenia. Jadę po to by było mi dobrze. Mnie i tylko mnie.
Ale generalnie jadę po to, by poukładać sobie przez ten czas w głowie. Ale że okolica cierpi na deficyt gładkich nawierzchni, to co sobie poukładam przez kilka kilometrów, zaraz na wertepach znowu się poprzestawia. I cała praca na marne 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.