Coś się wypłaszcza

Niestety, jest prawda w refleksji, że śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów, to statystyka. Jeszcze parę tygodni temu żyłam w napięciu i pilnie śledziłam informacje z frontu walki z pandemią. Przejmowałam się każdym nowym stwierdzeniem choroby. Obudzona w nocy pewnie wyrecytowałabym liczbę zakażonych w kraju, w województwie i liczbę zmarłych. Po wielu tygodniach prania mózgu przez media, po zabójczej dawce newsów i fake newsów, memów i łańcuszków, wypowiedzi ekspertów i jeszcze większych ekspertów, naukowców z Ameryki, z Chin, z Polski i ze Skandynawii nie wiem już nic i mogę z czystym sumieniem zacytować rozgoryczonego Fausta: „na nic się zdały moje trudy — jestem tak mądry, jak i wprzódy!”.


Myślę, że nie jestem jedyna. Po wielu już ta napięta jak cięciwa łuku atmosfera strachu spłynęła niczym woda po kaczce. Życie, czy chcemy czy nie, wraca do normy. Jakaś krzywa się wypłaszcza 😉 Widać to po wielu symptomach, bynajmniej nie za sprawą tak zwanego „odmrażania gospodarki”. Widać to po obniżeniu poziomu życzliwości w społeczeństwie i powrocie do zjadliwości, agresji i pieniactwa. Na tej niwie mamy stan sprzed epidemii. Ta krzywa już stała się prostą.
Widać to również po tym, jak kwitnie życie towarzyskie dorosłych i młodzieży na podwórkach i terenach podleśnych, co udało mi się zaobserwować podczas, jak zwykle nieśpiesznych samotnych, wypadów rowerowych.
Mam wrażenie, że moja świadomość wypiera wszystko, co z epidemia się wiąże, bo tak sobie radzi człowiek, gdy zbyt długo każe mu się żyć w niekomfortowym stanie. Ale co wypiera świadomość, wciska się do podświadomości. Stąd niesamowity repertuar snów, jakie mnie nawiedzają. Mam to szczęście lub niefart, że pamiętam swoje sny po przebudzeniu. Czasem snują się za mną przez cały dzień i zmuszają do przyjrzenia się im bliżej, rozszyfrowania znaczeń. To taka złośliwość podświadomości, do której spycha się wszystko, co niewygodne. Ostatnio śnią mi się rozległe przestrzenie, szczególnie silne to było, kiedy nakazano nam siedzieć w domach. Wtedy roiły mi się pola kolorowych tulipanów, soczyste łąki, hałaśliwe strumienie górskie. Teraz śnią mi się ludzie, których bliskości i dotyku boję się jakby byli trędowaci. Śni mi się moja szkoła, którą ostatnio odwiedziłam na początku marca. Jest pełna dzieciaków, nie mieszczą się w ławkach, siedzą nawet przy moim biurku i czekają aż będę do nich mówić, a ja nie mogę, bo duszę się w masce…

Boże, czy przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy będą mi się śnić zupełnie zwyczajne, oswojone już koszmary, takie na przykład, w których boję się spać z wierzchołka Mont Blanc? 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.