Jak z bicza trzasnął

Dziś Dzień Dziecka. Choć moi synowie już dawno osiągnęli wiek dorosły, dla mnie – jak dla każdej matki- to wciąż dzieci. Teraz już żyjące osobno, na własny rachunek sukcesów i krzywd. Wypuściłam ich z domu i powinnam powiedzieć, że dotknął mnie syndrom pustego gniazda. Ale nie powiem tak, bo nie byłoby to prawdą. Dobrze mi z tą nową rolą w życiu. Co prawda tęsknię za nimi i myślę, czy im się wiedzie na wygnaniu, ale nie stoję w oknie i nie czekam aż wrócą, bo wiem, że kolej rzeczy jest taka, a nie inna. Chowamy dzieci nie dla siebie, ale dla świata i dla nich samych.
Może jestem złą matką, może za mało kwoką, ale przecież też nie kukułką 😉


Nie wiem, czy zafundowałam moim synom dobre dzieciństwo, czy sprawdziłam się w ich pierwszych latach? Szczególne obawy mam, gdy myślę o pierworodnym, którego dzieciństwo przebiegało na marginesie mojego studenckiego życia, a może powinnam dyplomatycznie powiedzieć, że to studenckie życie było dodatkiem do jego dzieciństwa?
Byłam zbyt młoda, by realizować się w roli matki, ale robiłam, co mi podpowiadały instynkt i uczucie.
Nie było nam łatwo.
Pamiętam wynajętą mansardę na obrzeżach Poznania. Mieszkanie bez kuchni. Gotowałam na dwupalnikowej kuchence podłączonej do butli gazowej a naczynia myłam u łazience. Mały Kacper raczkował po mieszkaniu i dobierał się do stojącego na podłodze komputera, na którym Mąż pisał pracę magisterską (biurka jeszcze wtedy się nie dorobiliśmy). Już wtedy syn wiedział, że komputer to będzie jego pasja, uzależnienie i narzędzie pracy.
Nie zapomnę nigdy wizyty moich rodziców, kiedy to mama, widząc swojego wnuka z bosymi stópkami wystającymi spomiędzy szczebelków łóżeczka, stwierdziła, że jestem wyrodną matką i uprawiam zimny chów. Niewiele brakowało, a odebrałaby mi dziecko i uprowadziła do siebie 😊. Ale Kacper wtedy nie chorował. O dziwo.
Mimo, że nie raz w zimnie dni musiałam go ze sobą zabierać, jadąc do „miasta” (a była to dość długa wyprawa z Fabrycznej). Wyglądało to dość karkołomnie. Nie mogłam brać ze sobą wózka, bo pakowanie się z nim najpierw do autobusu a potem do tramwaju nie wchodziło w rachubę. Dlatego praktykowałam transport synka w nosidełku. Najpierw ubierałam siebie w płaszcz, potem zakładałam nosidełko, dopiero wtedy ubierałam Kacpra (bo wcześniej by się zanadto zgrzał), pakowałam w nosidełko i kiedy czerwona z wysiłku i mokra od potu chciałam wyjść z domu, dziecko swoim sposobem sygnalizowało mi, że ma do wymiany pampersa. Wtedy cały proces odbywał się w odwrotną stronę, by po zabiegach higienicznych można było wszystko powtórzyć. Nie raz miałam ochotę zrezygnować z wyjścia 😊. Na szczęście Kacper uwielbiał autobusy a tym bardziej tramwaje i jego radość z jazdy rekompensowała mi cały wysiłek przygotowań do podróży.
Potem mieszkaliśmy przy placu Kolegiackim w rynku, więc przynajmniej odpadały przejażdżki komunikacją, za to Kacper na plastikowym motorku z doczepioną do niego ciężarówka tłukł się codziennie po bruku w oczekiwaniu na ratuszowe koziołki. Czekał też z radością na „ciocie”, czyli koleżanki z innych wydziałów, które sprawowały funkcję niań, gdy ja szłam na swoje zajęcia.
Uwielbiał też przesiadywać na parapecie wielkiego okna (zamkniętego) i z poziomu parteru lustrował przechodniów. Zapewne było też vice versa 😊.
Jako matka-studentka nie miałam dużo czasu na bycie pełnoetatowym rodzicem. Wieczorami czekałam z niecierpliwością, kiedy Kacper zaśnie, bym mogła czytać to, co czytać nakazano. Usypianie syna trwało czasem z godzinę i kiedy wydawało mi się, że już śpi, wystarczył dźwięk zapowiadający reklamy w TV, by syn wyprostowany jak struna siedział w łóżku i czekał, kiedy mu pozwolę wrócić do drugiego pokoju przed telewizor. Ile razy przeklinałam w duchu swoje zapominalstwo i obiecywałam sobie, że już następnym razem na pewno wyłączę w odbiorniku głos.
Czasem Kacper był bardzo spokojny, cichy, jakby nieobecny. Na początku nawet mi się to podobało, że mam czas na swoje obowiązki, ale potem już wiedziałam, że jak dziecko jest cicho, to nie wolno tego zlekceważyć, a na pewno z tego się cieszyć. Raz długa chwila spokoju skończyła się praniem dywanu, czyszczeniem mebli i próbą rozsmarowania na Kacprze penatenu, czyli trudno wchłaniającego się kremu, którego całe opakowanie syn zużył na domowe sprzęty i na siebie.
Nie wiem, co z tego zostało we wspomnieniach mojego syna, ale jeśli nie zostało nic, to ja mu tę pamięć odświeżam 😊


Dzieciństwo Maksa przypadło już na czas złotoryjski. Kiedy przyszedł na świat, miałam wrażenie, że jestem już starą matką. Miałam całe 27 lat i bałam się, że jak syn pójdzie do szkoły, będę najstarszą z matek na wywiadówkach. O jakże się myliłam 😊
Jako matka Maksa byłam bardziej świadoma i spokojniejsza. Miałam blisko dziadków, którzy w razie czego pomagali mi w opiece nad rozwydrzonym i rozpieszczonym berbeciem. Maks nie lubił, kiedy moja uwaga nie była skupiona na nim i manifestował to rykiem. Ile razy gotowałam obiad jedną ręka, bo na drugiej trzymałam syna, dla którego leżenie w łóżeczku lub zabawa w kojcu były torturą.
Trochę odetchnęłam z ulgą, gdy po roku terroru, oddałam go do niani i przynajmniej przez kilka godzin w pracy moje ręce wolne były od ciężaru dziecka.
Okazało się, że Maksowi tak przypadł do gustu pobyt u „baby Teni” i ryczał, gdy go stamtąd zabierałam, co odbierałam jako totalny afront i brak zaufania/miłości ze strony syna 😊.
Maks uwielbiał spacery z „dziadkiem Tadkiem” od „baby „Teni”, bo razem chodzili do bazy transportowej oglądać wielkie wywrotki, nazywane przez syna krokodylami.
Maks nie chodził do przedszkola, załapał się jednak na zerówkę.
Zanim dojechałam do pracy, najpierw odwoziłam przez całe miasto do szkoły Kacpra, potem do zerówki na Górniczą Maksa.
Pamiętam te nerwowe poranki i mocno nieskuteczne budzenie obu synów, potem walkę na rajtuzy, spodnie, koszulki: „tego nie założę”, „w rajtuzach chodzą dziewczyny” „nie chcę tej bluzy”…
Nic dziwnego, że gdy już szczęśliwie wyjechaliśmy z domu, to czułam się jak po pracy w fabryce.
Kiedyś zawiozłam Kacpra do szkoły bez tornistra, za to z jego ulubioną kołderką, innym razem Maksa bez drugiego śniadania w plecaku (jaka była histeria!). A jeszcze innym odwiozłam starszego do szkoły (z plecakiem) i jechałam sobie do pracy, byłam już niedaleko, gdy usłyszałam głos z tyłu: mamo, a ja? Zapomniałam odstawić dziecko do przedszkola 😉
Było, minęło…
Dzieciństwo czy to nasze czy naszych dzieci mija jak z bicza trzasnął. Zostają tylko archiwalne kadry w pamięci.
Ważne, by zostały te kolorowe i radosne.
Czego wszystkim dzieciakom i ich rodzicom życzę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.