Czereśnie na górze

Zwykle jestem samotną cyklistką. W zasadzie nie samotną, a pojedynczą. Bo samotności w pojedynkę nie odczuwam, jestem na tyle złożona, skomplikowana i sprzeczna sama w sobie, że mam z kim podczas jazdy dochodzić do ładu. Jednak od czasu do czasu Mąż pyta: „Jedziemy razem?”. No okej, jeśli po 30 latach małżeństwa chce się jeszcze ze mną męczyć w drodze, to nie odmawiam, doceniam, chociaż od razu zastrzegam: „Ale nie jedziemy ambitnie, tylko po mojemu.” Po mojemu, to najlepiej max. 40 km i w większości po płaskim (o ile się da na naszych podgórskich terenach).


Na początku zwykle jedziemy „po mojemu”, ale kiedy Mąż ma pewność, że uśpił moją czujność, zaczyna się wymyślanie podstępów: „Może zobaczymy, dokąd prowadzi ta droga?” Już tyle razy dałam się złapać na ten numer, nie umiejąc też poskromić ciekawości, że dziwię się sobie, jak bardzo jestem niereformowalna, naiwna i „głupia po szkodzie”.
Wczoraj było podobnie. Jedziemy z góry narzuconym planem „po mojemu” z marginesem na szczyptę spontaniczności i odrobinę górek. Plan to około 35 km. Duchota w powietrzu, po obu stronach burzowe chmury, sporadycznie kropi deszcz, ale przecież nie będę robić z tego problemu, bo znowu wyjdzie, że marudzę. Jedziemy, od czasu do czasu tylko przystając na zrobienie zdjęć tego, co zachwyca.
I kiedy mam pewność, że jesteśmy w połowie drogi i damy radę przed burzą dotrzeć do domu, Mąż mówi: „Zobaczmy, dokąd prowadzi ta droga”. Tłumaczę mu, że stoi tam znak „ślepa ulica”, ale on wie lepiej, to znaczy przekonuje, że choć droga asfaltowa zmieni się w polną, to i tak gdzieś wyjedziemy. Mnie nie satysfakcjonuje słowo „gdzieś”, bo ja chcę tam gdzie chcę, a nie tam, gdzie nie wiem gdzie będę.
Jednak Mąż prze przed siebie, a ja, no cóż, za nim. Asfaltówka zmienia się w polną a polna w zarośla. Pokrzywy szorują mi po nieosłoniętych łydkach, koła potykają się o kamienie, grunt momentami lekko zapada. Zsiadam z roweru. Pcham go pod górę, opędzając się od wijących się jeżyn, wydłubując muchy z oczu (okulary tak parują, że lepiej widzę z muchami niż w okularach) odklejając włosy z twarzy i klnąc w myślach na swą naiwność, głupotę i na Męża przede wszystkim. To nic, że tracę go z oczu, bo on po prostu jedzie, nie przeszkadzają mu jeżyny, muchy, góra, kamienie… W końcu wdrapuję się na szczyt góry i widzę go pod drzewem zadowolonego z siebie i obżerającego się czereśniami. Wtedy eksploduję: „To po to pcham rower pod ten szczyt, kaleczę łydki, płuca wypluwam, żebyś ty sobie jadł czereśnie?! Jakbyś w domu ich nie miał!”
Furia kobiety może być groźniejsza niż burza, która straszy nas z prawej. Szczególnie, kiedy kobieta zdaje sobie sprawę, że jej Mąż z tego (czyli i z furii i z burzy) sobie nic nie robi i na pytanie, co dalej, mówi: „Jedziemy przed siebie, teraz będzie z góry, gdzieś na pewno wyjedziemy”.
No owszem, wyjeżdżamy, kilka kilometrów dalej niż zamierzaliśmy i w ostatecznym rachunku nadrabiamy kilkanaście.
Gdy wracam do domu, po furii nie ma już śladu. Burza przeszła bokiem. Zostają tylko podrapane nogi, muchy na rzęsach i nie do końca wyschnięte włosy. Niby dobrze, ale to nie rokuje dobrze na przyszłość, bo istnieje duże ryzyko, że kolejnym razem znowu dam się nabrać na „zobaczymy dokąd ta droga prowadzi?” 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.