Atrofia, czyli równia pochyla

Ufff…skończyłam sprawdzać matury. Wyjątkowo w tym roku miałam ich dużo do czytania. Nie wynikało to bynajmniej z jakiegoś wyżu demograficznego czy z większej popularność polskiego na poziomie rozszerzonym. Po prostu, ze względu na reżim epidemiczny, zmniejszono liczbę egzaminatorów i dlatego każdy ze szczęściarzy powołanych do pracy miał pokaźną liczbę prac do sprawdzenia.

Niewiele osób spoza środowiska nauczycielskiego orientuje się, jak wygląda praca egzaminatora, dlatego często spotykam się z pytaniami: Czy sprawdzam w domu? Czy sprawdzam prace swoich uczniów? Dlaczego na wyniki matur tak długo się czeka?
Od kilkunastu lat, kiedy to szefowie naszych szefów uznali, że nauczycielom nie można ufać (to nie zmienia się przez dekady), „wyprowadzono” sprawdzanie matur ze szkół, no bo przecież nauczyciel, który uczył dzieciaki przez 3 lata na pewno sfałszuje wyniki ich matur in plus – z takiego założenia wyszli ci, których sceptycyzm wobec uczciwości belfra wziął górę.
Wymyślono zatem, że powoła się niezależnych ekspertów, rekrutujących się z tych samych nauczycieli, którym ufać nie można. Jednak przeszkolono nas, zrobiono egzamin, a po szczęśliwym finale wręczono glejt, że teraz jesteśmy egzaminatorami. Teraz już mamy sprawdzać obiektywnie, co w przypadku języka polskiego nigdy się, nomen omen, nie sprawdza.
Trwa to już drugą dekadę, od kiedy egzaminów nie sprawdzamy w domu. Jesteśmy zgrupowani w tzw. ośrodku sprawdzania, których w województwie jest ok. 5. Tam przebywamy w wyznaczonych nam godzinach pracy. Zwykle to 10 godzin dziennie przez dwa weekendy. Zanim dostąpimy zaszczytu sprawdzania, przechodzimy kolejne szkolenie, jak się potem okazuje – niepotrzebnie, bo teoria sobie a rzeczywistość i tak skrzeczy.
Każdy z nas ma podobną liczbę przydzielonych arkuszy do sprawdzenia, żeby nie było zjawiska stachanowców, którzy pracują na akord i tym samym bardzo nieuważnie. Nie wiemy, czyje prace sprawdzamy, ponieważ nie są one podpisane imieniem i nazwiskiem, tylko peselem i kodem ucznia. Nie wiemy też z jakich miast pochodzą te prace, znana nam jest jedynie naklejka z kodem szkoły, jednak zdolność dedukcji naprowadza nas czasem na właściwy trop, gdyż czytamy też miedzy wierszami, np. „sztukę grano u nas w Capitolu…” 😊.
To tak gwoli wyjaśnienia. W ramach przydługiego wstępu 😊. Na maturze za kompozycje dostałabym maksymalnie 3 punkty 😉
Wracając ad rem, chciałam wrzucić tu garść refleksji, jakie naszły mnie, gdy po raz “nasty” zasiadłam do sprawdzania matur.
Moją uwagę zwraca fakt, jak „per noga” traktuje się pracę egzaminatorów, jak oszczędza się na procesie sprawdzania matur i jakie to rodzi skutki dla młodzieży.
Pozwolę sobie na przytoczenie kilku faktów:
Gdy kilkanaście lat temu zaczynaliśmy sprawdzanie zewnętrzne, każdy z egzaminatorów otrzymywał niezbędne dla niego narzędzia pracy, czyli dwa długopisy: czerwony i czarny. Oprócz tego talon obiadowy do wyznaczonej restauracji. Do dyspozycji zespołu egzaminatorów były: kawa, herbata i cukier. Każdy zespół egzaminatorów (liczący sobie około 20 osób) wspomagało 3 epsów, czyli egzaminatorów powtórnego sprawdzania (miałam przyjemność pełnić też i tę funkcję), którzy zajmowali się weryfikacją merytoryczną sprawdzonych już prac i wyłapywali ewentualne błędy egzaminatorów. Do zespołu przydzielony był też weryfikator techniczny, który sprawdzał poprawność podliczonych punktów i inne formalne kwestie.
Taki układ gwarantował, że prace sprawdzone były starannie, czyli maturzysta mógł mieć poczucie bezpieczeństwa, a i egzaminator był dopieszczony.
Potem w ramach oszczędności zrezygnowano z bonów na obiad. Przełknęliśmy to, bo nauczyciel nie jest wymagający. Chodziliśmy na obiady i tak, tyle że za swoje.
Następnym krokiem była redukcja epsów z trzech do półtora (jeden z egzaminatorów był też przy okazji na pół etatu epsem).
W kolejnym roku odebrano nam przywilej korzystania z darmowych długopisów.
W następnych latach zredukowano etat weryfikatora technicznego. Obowiązkiem egzaminatora stało się od tej pory również sprawdzanie punktów, podpisów i innych takich drugiemu egzaminatorowi.
Dalszym krokiem było pozostawienie tylko jednego epsa.
Dziś jesteśmy na takim etapie, że została nam kawa, herbata, cukier i jeden eps.
Co dalej?
No cóż, nauczyciel to taki typ, który nie ma wielkich oczekiwań od świata. Zdążył się przyzwyczaić, że dla społeczeństwa jest tylko obciążeniem. Dlatego z pokorą przyjmie nawet fakt, że i kawę z herbatą lub cukier będzie musiał sobie przywieźć z domu. To akurat nie jest wielki problem.

Problem leży gdzie indziej, a jeśli ktoś chce, to wyczyta go miedzy wierszami 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.