Zapach dzieciństwa

Szkoda, że żadne zdjęcie nie umie oddać zapachu. Myślę o tym, gdy, jadąc rowerem, wdycham aromat kwitnących lip. Widokami mogę podzielić się za pomocą zdjęć. Zapachu nie da się tak zatrzymać. To znaczy da, ale trzeba być perfumiarzem, najlepiej tak genialnym jak Grenouille z „Pachnidła” Suskinda. A tej umiejętności ani zdolności nie posiadłam.
Dlatego nie dzielę się z nikim i egoistycznie wchłaniam sama zapach lata podczas rowerowych wypraw.


Lipy nie tylko pachną latem. Dla mnie pachną dzieciństwem. Pachną wakacjami w wiejskim domu mojej babci. Kilkusetletnia lipa swoimi rozłożystymi konarami dotykała okna pokoju na piętrze. Gdy wiał wiatr, trzepotała histerycznie gałęziami po ścianie domu. W upalne dni huczała rojami pszczół. Ale zazwyczaj dawała schronienie od słońca i to właśnie wokół jej olbrzymiego pnia bawiłam się „w dom”, grodziłam wyimaginowane ściany, urządzałam pokoje dla lalek i kuchnię, w której „gotowałam” kamienie-ziemniaki bądź „smażyłam” liście-kotlety na obiad dla swoich plastikowych dzieci z oczami jak paciorki 😊.
Przez całe lata marzył mi się domek wewnątrz drzewa, wierzyłam, że kiedyś dziadek wydrąży mi w pniu lipy takie schronienie. Roiło mi się zamknąć w tym drzewie tak, jak w szafie. Takie marzenia pewnie mają introwertyczne dzieci 😊
Z marzeń się wyrasta. Dziś już nie ma dziadka, który mógłby mi zbudować w pniu lipy upragniony schron, nie ma też lipy. Ale pragnienie, by zatrzasnąć za sobą drzwi, zostało.
Od tego jest szafa 😊
Ile razy nachodzi mnie idiotyczna myśl, by zaszyć się wśród płaszczy i sukienek, tak, by mnie nikt nie znalazł, nikt niczego ode mnie nie chciał. Marzy mi się zasunąć szczelnie drzwi, za którymi zostawię cały ten zgiełk.
Tak jak dziś. Jak jutro.
P.S. W tym roku pierwszy raz zakwitły lipy w moim ogrodzie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.