Przed jakąś erą

Trzy lata minęły właśnie od czasu, kiedy robiłam to zdjęcie po lewej. Włosy odrosły i przykryły blizny. Czas zaleczył ranę i pozwolił mi zatrzeć w pamięci koszmar tamtych chwil. Bo czas tak ma. To jego jedyna dobra strona. Ale patrząc na zdjęcia, na przykład regularnie podsyłane mi przez fejsbuk jako wspomnienia (swoją drogą fajna opcja), dzielę czas na ten sprzed operacji i czas po. Era blondynki i era szatynki 😉

Patrząc na te sprzed cezury, mam wrażenie, że byłam wtedy inna, nie tylko z powodu koloru włosów, ale też charakteru. Czasami śmieję się, że wraz z guzem i kawałkiem czaszki wycięto mi ośrodek stymulujący instynkt samozachowawczy, za to uruchomiono mi jakiś obszar osobowości, która każe być asertywną, walczyć o siebie, o swoje prawa, nie robić uników, nie grać w cudzą grę. Nie znaczy to wcale, że zrobiłam się zołzowata, bynajmniej. Najbliższe otoczenie ze zdumieniem stwierdza, że stałam się mniej fochliwa i obrażalska 🙂

Może dlatego, że jestem bardziej zadowolona z życia. Pewnie dlatego, że też nie stawiam przed nim jakichś osobliwych wyzwań i wygórowanych celów. Kiedy o tej przemianie myślę, cieszę się, że ona zaszła i zastanawiam się, dlaczego tak późno sobie na to pozwoliłam; na bycie sobą, na luksus mówienia „nie”, kiedy myślę „nie”. Nie można było wcześniej?

Chyba nie. Bo czasem trzeba dojść do ściany, przerazić się tym, co jest po jej drugiej stronie, by chcieć po prostu być. Być dobrą dla siebie, szczerą wobec siebie i mieć w nosie, czy ktoś cię lubi i co świat myśli o tobie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.